audytoria.pl
Brak chipów uderzy w coraz więcej branż. Okres przestoju może potrwać dwa–trzy lata
Problem z niedoborem chipów na globalnym rynku uderzył najpierw w branżę motoryzacyjną, powodując przestoje w fabrykach samochodów i zmuszając koncerny do ograniczenia produkcji. W efekcie, według ACEA, w samej Europie sprzedaż nowych samochodów spadła o nawet kilkadziesiąt procent. Kryzys rozlał się już także na inne branże, w tym m.in. na producentów komputerów. Rynkowi eksperci wskazują zaś, że wytwórcy chipów będą potrzebować nawet kilku lat, żeby w pełni odpowiedzieć na ogromny popyt, który wciąż rośnie. – Musimy czekać, aż na rynku pojawią się nowi producenci. Ten okres przestoju, niedopasowania podaży do popytu powinien trwać dwa–trzy lata – prognozuje założyciel Walletmor Wojciech Paprota.
– Problem związany z brakiem chipów wynika z bardzo podstawowej zasady, jaka rządzi ekonomią od zarania dziejów, czyli niedopasowania podaży do popytu – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Paprota. – Większość chipów jest produkowana w Chinach. W momencie, kiedy tam został wprowadzony bardzo twardy lockdown, fabryki stanęły nawet na kilka miesięcy i pokończyły się im wszystkie zapasy. Na to nałożył się zwiększony popyt ze strony producentów, ponieważ coraz bardziej odchodzimy od technologii spalania węgla i przestawiamy się na bycie eko, na czerpanie energii ze źródeł odnawialnych, co też pociąga za sobą większe zapotrzebowanie na chipy.
Pandemia COVID-19 z jednej strony wywołała skokowy wzrost zapotrzebowania na elektronikę – od laptopów i komputerów, przez konsole do gry, po roboty przemysłowe. Z drugiej strony producenci układów scalonych, które są niezbędne do produkcji elektroniki, mierzyli się z dużymi utrudnieniami w działalności, związanymi m.in. z lockdownami i przerwami w zaopatrzeniu. Te problemy ciągną się do dziś, a do ich pogłębienia przyczynił się też wewnętrzny kryzys energetyczny w Chinach. Wynika on z deficytu węgla, który powoduje niedobory energii elektrycznej i paraliż produkcji przemysłowej.
– Kiedy mamy brak możliwości zasilania danej fabryki poprzez węgiel, to może ona działać tylko trzy dni w tygodniu, a nie pięć czy sześć, jak to działo się wcześniej. To akurat ma mało wspólnego z pandemią, a dotyczy polityki międzynarodowej Chin, ale oczywiście pandemia dołożyła swoje trzy grosze – mówi założyciel Walletmor, spółki produkującej implanty płatnicze. – W efekcie fabryki nadal nie są w stanie dobić do tego poziomu, gdzie faktycznie byłyby w stanie zaopatrzyć wszystkich potencjalnych klientów.
Tak zwany chip shortage dodatkowo zaostrza się od ponad roku, od kiedy zaczęło się postpandemiczne odbicie w gospodarce, które pociągnęło za sobą wzrost popytu. Kryzys związany z brakiem chipów uderzył najpierw w branżę motoryzacyjną, powodując przestoje w fabrykach samochodów i zmuszając firmy takie jak General Motors i Ford do ograniczenia produkcji. W efekcie, jak podaje Europejskie Stowarzyszenie Producentów Samochodów (ACEA), w październiku ub.r. sprzedaż nowych aut w UE spadła aż o 30,3 proc. i to w porównaniu z analogicznym okresem 2020 roku, który przypadał w środku pandemii. Z kolei w listopadzie ub.r. rejestracje nowych samochodów osobowych w UE spadły już piąty miesiąc z rzędu – o 20,5 proc., do nieco ponad 713 tys. sztuk. W ujęciu ilościowym ten wynik był najgorszy od listopada 1993 roku.
– Problem braku dostępności chipów na światowym rynku jest duży, ale nie ogromny. Pamiętajmy, że obecnie mamy tysiące rodzajów różnych chipów. Inne są wykorzystywane do produkcji implantu płatniczego, inne w telefonach czy komputerach, a jeszcze inne do produkcji deski rozdzielczej w samochodzie i całego komputera pokładowego. Tak więc jedne branże i producenci mogą w ogóle nie odczuwać takiego problemu, a inni mogą go odczuwać na bardzo dużą skalę – mówi Wojciech Paprota.
W tej chwili kryzys, który zaczął się od motoryzacji, rozlał się już także na inne branże, w tym m.in. na producentów komputerów PC. Rynkowi eksperci wskazują zaś, że wytwórcy chipów będą potrzebować nawet kilku lat, żeby w pełni odpowiedzieć na zwiększony, ogromny popyt.
– Tak naprawdę jedyną sensowną odpowiedzią jest to, żeby po prostu czekać. Nie tylko na to, aby fabryki wróciły do normy, ale również na to, żeby na tym rynku pojawiły się po prostu nowe podmioty. Taka równowaga prędzej czy później się tworzy – mówi założyciel Walletmor. – Ten okres przestoju, niedopasowania podaży do popytu w globalnych, stosunkowo dużych branżach powinien trwać nie dłużej niż dwa czy trzy lata.
Cytowany przez Bloomberga C.C. Wei, szef tajwańskiego TSMC, czyli największego na świecie producenta układów scalonych, do którego należy ponad połowa globalnego rynku, zapowiedział, że firma intensywnie pracuje nad zwiększeniem mocy produkcyjnych. Na rozbudowę swoich fabryk w ciągu trzech lat zamierza przeznaczyć ok. 100 mld dol.
– W dzisiejszych czasach, kiedy chip jest w każdym urządzeniu elektronicznym, ciężko mówić o jakimkolwiek innym rozwiązaniu, które mogłoby te chipy zastąpić. Na dzisiaj nie ma nic, co mogłoby być alternatywą – mówi Wojciech Paprota.
Paliwa odpadowe mogą być na większą skalę wykorzystywane w energetyce. Nowy program wsparcia pomoże rozkręcić inwestycje w tym obszarze
Zgodnie z wymogami UE do 2035 roku Polska musi zmniejszyć odsetek składowanych odpadów do poziomu poniżej 10 proc. oraz uzyskać 65-proc. wskaźnik recyklingu odpadów komunalnych. – To nam daje 75 proc. Pytanie, co z pozostałą 1/4 odpadów, które wytworzymy? W świetle przepisów ich nie wolno składować, ale można z nich odzyskać energię – mówi Dominik Bąk, wiceprezes NFOŚiGW. W Polsce działa dziewięć takich instalacji termicznego przekształcania odpadów z odzyskiem energii, ale żeby domknąć system gospodarki odpadami, roczna wydajność takich spalarni powinna zostać zwiększona przynajmniej o 2 mln ton. Może się do tego przyczynić nowy program wsparcia, który w tym miesiącu uruchomił NFOŚiGW.
Według danych Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Polsce od niemal dekady ilość wytwarzanych odpadów komunalnych systematycznie wzrasta o ok. 0,5 mln ton rocznie. W sferze ich selektywnej zbiórki i recyklingu wciąż pozostaje wiele do zrobienia, bo Polacy w swoich domach segregują tylko około 1/3 odpadów komunalnych (w granicach 3,6 mln ton rocznie).
– W Polsce produkujemy ok. 14,5 mln ton odpadów komunalnych rocznie. W tym frakcja resztkowa, z której nie jesteśmy w stanie odzyskać surowców wtórnych, to ok. 4–4,5 mln ton odpadów nienadających się do recyklingu. Co więcej, jej nie wolno składować, bo ta frakcja ma dość wysoką kaloryczność. Węgiel kamienny ma 21 MJ/kg, a odpady tego typu mają powyżej sześciu do nawet kilkunastu MJ/kg, co oznacza, że są ekwiwalentem dla części węgla, który wykorzystujemy w polskich ciepłowniach. Z branży płyną głosy mówiące, że możemy odzyskać z tych odpadów energię cieplną i elektryczną – mówi agencji Newseria Biznes Dominik Bąk.
Tak zwane odpady resztkowe są w Polsce kierowane głównie do 179 instalacji MBP (przetwarzania mechaniczno-biologicznego), a także do spalarni odpadów, których obecnie funkcjonuje dziewięć, ale kolejne powstają już w Gdańsku, Olsztynie, Warszawie, Krośnie i Nysie. Jako paliwo alternatywne trafiają też do spalenia w cementowniach.
– Brakuje nam w Polsce co najmniej 2 mln ton wydajności w nowoczesnych ciepłowniach, opalanych paliwami alternatywnymi czy paliwami wytwarzanymi z odpadów. Ten brak przekłada się na wyższe koszty dla mieszkańców gmin. To jest jeden z zasadniczych czynników powodujących wzrost opłat za śmieci – wyjaśnia wiceprezes NFOŚiGW.
Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej wskazuje, że brak możliwości wykorzystania tzw. frakcji palnej jest nie tylko przyczyną wzrostu opłat ponoszonych przez mieszkańców, ale stanowi też marnotrawstwo źródła energii, które mogłoby zaspokoić nawet do 10 proc. zapotrzebowania na ciepło sieciowe. Instalacje termicznego przekształcania odpadów z odzyskiem energii – jako część systemu ciepłowniczego – są komponentem systemu zagospodarowania odpadów komunalnych komplementarnym do recyklingu.
– W Polsce jest dziewięć takich instalacji i tam, gdzie działają, nie ma protestów. To już nie jest spalanie polegające na tym, że wkładamy śmieci do pieca i leci czarny dym. W tym momencie są to jedne z najbardziej nowoczesnych, niskoemisyjnych i najbardziej ekologicznych instalacji. Badania potwierdzają, że w porównaniu do obecnie funkcjonujących w Polsce instalacji służących ciepłownictwu systemowemu są od 10 do nawet 100 razy bardziej ekologiczne i mniej emisyjne. One nie wykorzystują nawet górnych granic norm, które są przewidziane dla tego typu instalacji – podkreśla Dominik Bąk.
Jak podkreśla, zgodnie z wymogami UE do 2035 roku Polska będzie zobligowana, aby zmniejszyć odsetek składowanych odpadów do poniżej 10 proc. oraz uzyskać 65-proc. wskaźnik recyklingu odpadów komunalnych.
– Te 65 plus 10 daje nam 75 proc. Pytanie, co z pozostałą 1/4 odpadów, które wytworzymy? W świetle przepisów nie wolno ich składować, ale można z nich odzyskać energię. Temu właśnie służą takie spalarnie. Niestety ta nazwa się do nich przykleiła, tymczasem to są bardzo nowoczesne instalacje, których nie należy się obawiać – mówi wiceprezes NFOŚiGW.
Szansą na usprawnienie systemu gospodarki odpadami w Polsce są nowe inicjatywy NFOŚiGW ogłoszone w tym miesiącu. W ramach programu „Racjonalna gospodarka odpadami” fundusz ogłosił trzy nabory, w których samorządy, przedsiębiorstwa i inne podmioty mogą ubiegać się o dofinansowanie inwestycji związanych właśnie z wykorzystaniem odpadowych paliw w energetyce, ale także z selektywnym zbieraniem odpadów czy budową instalacji do gospodarowania nimi.
W części dotyczącej wykorzystania paliw z odpadów w energetyce limit środków przeznaczonych na dofinasowanie wynosi 1 mld zł, a wsparcie może być udzielone w postaci pożyczki lub dotacji.
– O dofinansowanie mogą się ubiegać spółki komunalne, w których samorząd jest właścicielem, albo spółki celowe, które samorząd powołuje do realizacji tego typu przedsięwzięć. Mogą to być również podmioty prawa prywatnego działające w branży gospodarki odpadami albo po prostu ciepłownicy, którzy myślą o zmianie źródła czy dywersyfikacji paliw wykorzystywanych w ich podstawowej działalności – dodaje Dominik Bąk.
Łączny budżet wszystkich części programu „Racjonalna gospodarka odpadami” to 2,5 mld zł. Nabory potrwają do końca 2022 roku, a pieniądze na wsparcie – w zależności od rodzaju projektów – będą pochodzić ze środków krajowych NFOŚiGW albo z unijnego Funduszu Modernizacyjnego.
W styczniu ruszy program dopłat do rozbudowy infrastruktury ładowania aut elektrycznych i tankowania wodoru. Przyspieszy to rozwój elektromobilności w Polsce
Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w styczniu rozpocznie nabór wniosków w programie wsparcia dla rozbudowy infrastruktury ładowania elektryków i tankowania wodoru. Na rozwój sieci ładowarek do 17 tys. punktów trafi 870 mln zł. – Infrastruktura do szybkiego i ultraszybkiego ładowania to konieczny krok dla rozwoju elektromobilności w Polsce – ocenia Krzysztof Burda, prezes Polskiej Izby Rozwoju Elektromobilności. Wsparcie w postaci dopłat do elektryków także ma duże znaczenie, podobnie jak budowanie świadomości wśród kierowców.
– Patrząc na stopień rozwoju elektromobilności, jesteśmy na początku tego procesu. Nie oznacza to jednak, że nie mamy szans na osiągnięcie pułapu, który proponuje pakiet Fit for 55, albo i jego prześcignięcie. Trochę zapóźniliśmy się z elektromobilnością, z wdrażaniem np. infrastruktury. Nie mamy tak dobrze dostępnych pojazdów, mimo że one są na rynku. Dlatego uważam, że możemy wykorzystać tę rentę zapóźnienia i przeskoczyć o poziom wyżej z wdrażaniem elektromobilności – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Burda.
W ramach pakietu Fit for 55 Komisja Europejska proponuje 10 reform, które mają pozwolić Unii Europejskiej do 2030 roku obniżyć poziom emisji dwutlenku węgla o 55 proc. w porównaniu z poziomem z 1990 roku. Jedną z nich jest wymóg zmniejszenia średnich emisji z nowych samochodów o 55 proc. od 2030 roku i o 100 proc. od 2035 roku w porównaniu z poziomami z 2021 roku. To oznacza, że wszystkie nowe samochody rejestrowane od 2035 roku będą elektrykami lub napędzane wodorem. Aby rozwój elektromobilności był możliwy, zmienione rozporządzenie w sprawie infrastruktury paliw alternatywnych nakłada wymóg zwiększenia zdolności ładowania.
– Mają powstać stacje ładowania dla samochodów lekkich, osobowych wzdłuż korytarzy TEN-T, co 60 km stacje o mocach minimum 150 kW, zaś dla pojazdów ciężkich stacje ładowania o mocy minimum 350 kW. To wielokrotnie więcej niż to, co aktualnie mamy w Polsce. Żeby elektromobilność mogła pójść krok dalej, musimy się skupić przede wszystkim na szybkiej i ultraszybkiej infrastrukturze ładowania – podkreśla prezes Polskiej Izby Rozwoju Elektromobilności.
Z Licznika Elektromobilności PSPA i PZPM wynika, że na koniec listopada br. po polskich drogach jeździło ponad 35,2 tys. samochodów elektrycznych, przy czym blisko połowa (49 proc.) to pojazdy w pełni elektryczne. Przez 11 miesięcy liczba samochodów z napędem elektrycznym zwiększyła się o ponad 16,6 tys., czyli o 101 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2020 roku.
Wraz ze wzrostem floty zeroemisyjnych pojazdów rozwija się też infrastruktura ładowania. Pod koniec ubiegłego miesiąca w Polsce funkcjonowało nieco ponad 1,8 tys. ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych (3,5 tys. punktów). 31 proc. z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a 69 proc. – wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW.
Ten proces rozbudowy sieci ładowarek ma znacząco przyspieszyć dzięki programowi NFOŚiGW, który 7 stycznia 2022 roku uruchomi nabór wniosków. Z bezzwrotnych dotacji będą mogły skorzystać samorządy, firmy, spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe oraz rolnicy. Do rozdysponowania jest kwota 1,87 mld zł, z czego 1 mld zł zostanie przeznaczony na rozwój sieci elektroenergetycznej na potrzeby ładowarek pojazdów elektrycznych, a 870 mln zł – na same ładowarki i stacje wodoru. Zgodnie z założeniami powstać ma sieć 17 tys. punktów ładowania oraz 20 stacji wodoru.
Zdaniem prezesa PIRE dziś brak infrastruktury to najważniejszy hamulec rozwoju rynku elektromobilnego w Polsce.
– Uważamy, że powinniśmy się skupić na budowie, nazwijmy to, stacji benzynowych dla samochodów elektrycznych, hubów ładowania, szczególnie w miastach, na obrzeżach miast tak, żeby można było korzystać swobodnie z samochodu elektrycznego w zasadzie przez każdą grupę, która tego potrzebuje, i biznes, który nie może czekać kilku lub kilkunastu godzin na to, aż auto się naładuje – mówi Krzysztof Burda. – Powinniśmy zacząć od największych miast. One mają największy potencjał, jeśli chodzi o zakupy nowych pojazdów, ale też największy potencjał korzyści z wdrażania elektromobilności: pozbywamy się emisji spalin, hałasu. W następnym kroku na pewno to wszystko trafi też do mniejszych miast.
Zapotrzebowanie na stacje ładowania będzie rosło, zwłaszcza że rośnie zainteresowanie pojazdami zeroemisyjnymi. Wpływają na to takie programy jak np. uruchomiony w lipcu „Mój elektryk”, który od początku zakłada dotacje dla osób fizycznych do zakupu nowego samochodu elektrycznego. Od 22 listopada program rozszerzono m.in. na firmy i jednostki sektora finansów publicznych u rolników indywidualnych. Na wsparcie zakupów trafi 700 mln zł. Inny program NFOŚiGW wspiera także wymianę taboru transportu publicznego na zielony.
– Programy dopłat powinny zbudować tę minimalną liczbę pojazdów elektrycznych na rynku, która będzie przełomem dla pozostałych. Bo jeśli zobaczymy, że na naszej ulicy na 50 samochodów 10 jest elektrycznych, to zaczniemy dostrzegać zmiany – przekonuje prezes Polskiej Izby Rozwoju Elektromobilności. – Powinniśmy patrzeć na rynek długofalowo i budować wiedzę i świadomość na temat elektromobilności. Jesteśmy dość daleko od tego, żeby w ogóle mieć świadomość, po co nam jest elektromobilność. I uważamy, że tutaj w pierwszej kolejności rolę muszą odegrać dilerzy samochodowi.
Biznes wdraża zmiany klimatyczne szybciej niż politycy. Finansowanie projektów nieekologicznych wkrótce stanie się niemożliwe
Ostatnie lata były najgorętsze od 1850 roku, a w klimacie już zaszły zmiany, które są zauważalne w niemal każdym rejonie Ziemi. Wiele z nich jest niemożliwych do odwrócenia w skali stuleci lub tysiącleci – wskazali naukowcy w ostatnim raporcie IPCC, czyli Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu. Rządy podejmują działania zmierzające do ograniczenia wzrostu globalnej temperatury, ale ich efekty są – zdaniem ekspertów – dalece niewystarczające, co tylko potwierdziły też efekty ostatniej konferencji klimatycznej COP26 w Glasgow. Dyrektor Centrum UNEP/GRID-Warszawa Maria Andrzejewska wskazuje jednak, że główny impuls do zielonej transformacji wychodzi ze strony biznesu, co wymuszają nie tylko uwarunkowania rynkowe, ale i prawo oraz sami konsumenci.
– Podstawowym celem jest zatrzymanie wzrostu średniej, globalnej temperatury. Ten wzrost już w tej chwili jest na poziomie 1,18˚C, a przekroczenie 1,5˚C będzie skutkowało totalną katastrofą. Dlatego teraz najważniejsze jest ograniczenie emisji CO2 i podjęcie wszelkich działań mogących wpłynąć na wychwytywanie dwutlenku węgla, który już został wprowadzony do atmosfery. Z tym wiążą się m.in. innowacje technologiczne, jak i konieczność zmiany sposobu myślenia. Powinniśmy patrzyć nie tylko na tych największych graczy i na biznes pod kątem tego, co oni mogą zrobić. Każdy musi uświadomić sobie, że naprawdę żyjemy w czasach, które prowadzą nas do katastrofy, i nasz sposób funkcjonowania musi się zmienić – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maria Andrzejewska, dyrektor generalna Centrum UNEP/GRID-Warszawa.
Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu (IPCC), czyli utworzony przy ONZ międzynarodowy panel ekspertów i naukowców, w sierpniu tego roku po raz szósty opublikował swój raport, uznawany za najbardziej wiarygodną i rzetelną ocenę skutków zmian klimatu. Dokument, który powstał na podstawie 14 tys. prac naukowych, po raz pierwszy tak jednoznacznie potwierdził, że to działalność człowieka odpowiada za ogrzanie planety. Raport IPCC po raz kolejny pokazał też, że globalne ocieplenie przyspiesza - w porównaniu do epoki przedindustrialnej średnia temperatura na Ziemi wzrosła już o ponad 1˚C.
Utrzymanie tego tempa zmian spowoduje, że w ciągu najbliższych ok. 20 lat średnia temperatura przekroczy już bezpieczny próg 1,5°C, a do końca tego wieku wzrośnie o ponad 2˚C (a w najczarniejszym scenariuszu o 4,4˚C, co spowoduje m.in. wzrost poziomu mórz i oceanów o 3 m). To zaś będzie oznaczać katastrofę klimatyczną, której skutki – takie jak coraz częstsze i bardziej gwałtowne powodzie, pożary i susze – odczują setki milionów ludzi. Czarnemu scenariuszowi może zapobiec tylko zielona transformacja – szybkie, radykalne działania zmierzające do ograniczenia emisji CO2 i innych gazów cieplarnianych, w tym m.in. metanu.
– W Polsce zmiana jest już zauważalna i ona wkracza z różnych stron. Do konieczności tej zmiany najbardziej poczuwają się firmy, które mają korzenie globalne, są częścią międzynarodowych korporacji. To są decyzje podejmowane właśnie na poziomie globalnych zarządów, te firmy w największym stopniu dostrzegają i chcą wprowadzać zmiany w swoim sposobie funkcjonowania – mówi Maria Andrzejewska.
Badania pokazują, że zaangażowania biznesu w zieloną transformację i działań na rzecz klimatu wymagają również konsumenci. Z marcowego raportu „Zielone miasta i gminy” opracowanego dla innogy wynika, że zdaniem 71 proc. Polaków to rząd oraz władze samorządowe są zobowiązane, aby aktywnie działać na rzecz poprawy stanu środowiska. Jednak prawie połowa (48 proc.) Polaków wskazuje, że takie działania powinny prowadzić również firmy i duże korporacje.
– Bardzo dużą rolę w tym procesie mają też instytucje finansujące. One podejmują zobowiązania, które w niedługim czasie zapewne totalnie uniemożliwią inwestowanie w projekty niezwiązane z realizacją scenariusza, który ma nas doprowadzić do 1,5, maksymalnie 2˚C wzrostu temperatury – mówi dyrektor generalna Centrum UNEP/GRID-Warszawa.
Jak podkreśla, kwestie klimatyczne i środowiskowe odgrywają coraz istotniejszą rolę na rynku finansowym. Wymuszają to nie tylko rynkowe uwarunkowania, ale i legislacja. Przykładem jest chociażby obowiązujące od marca tego roku unijne rozporządzenie SFDR (2019/2088), które obliguje inwestorów finansowych do uwzględnienia ryzyk wynikających z czynników ESG (środowisko, społeczna odpowiedzialność i ład korporacyjny).
Zaangażowanie biznesu w zieloną transformację jest konieczne, bo - jak wynika z szacunków Komisji Europejskiej - tylko w tej dekadzie UE będzie potrzebować dodatkowych inwestycji w wysokości 350 mld euro rocznie, aby osiągnąć cel neutralności klimatycznej do 2050 roku. Pod względem polityki klimatycznej Unia Europejska jest pionierem, ale działania zmierzające do zatrzymania globalnego ocieplenia podejmują wszystkie państwa związane porozumieniem paryskim. Zdaniem ekspertów i organizacji ekologicznych są one jednak dalece niewystarczające, co potwierdziła też ostatnia ONZ-owska konferencja klimatyczna COP26 w Glasgow.
– Efekty ostatniej konferencji klimatycznej COP26 w Glasgow nie są być może spektakularne, ale każda z tych konferencji jest jednak krokiem do przodu. Dyskusje były szerokie, było w nie włączonych bardzo wiele różnych podmiotów i osiągnięto konsensus, podjęto ostateczne uzgodnienia. One oczywiście nie są satysfakcjonujące dla wszystkich, ale trudno znaleźć kompromis w momencie, kiedy przy stole siedzi 197 państw – ocenia Maria Andrzejewska.
Na przełomie października i listopada br. w Glasgow pojawiło się ponad 25 tys. delegatów z prawie 200 państw, aby rozmawiać o kryzysie klimatycznym. Dwutygodniowe negocjacje zakończyły się podpisaniem tzw. paktu klimatycznego z Glasgow - pięciostronicowego dokumentu, w którym przyznano, że dotychczasowe wysiłki na rzecz ograniczenia zmian klimatu były niewystarczające. Nie padły w nim jednak żadne konkretne daty dotyczące realizacji nowych celów na rzecz klimatu. Tekst porozumienia z Glasgow został też znacząco osłabiony – jego finalny kształt miał zawierać sformułowanie o wycofaniu się z produkcji energii z węgla („phase out”). Jednak m.in. pod naciskiem Indii oraz Chin, które są największym na świecie konsumentem paliw kopalnych, to sformułowanie zostało zmienione na „phase down”, czyli stopniowe wycofywanie się z węgla.
Większość ekspertów i środowisk ekologicznych ocenia, że zobowiązania podjęte w Glasgow nie są wystarczające, aby zatrzymać wzrost średniej, globalnej temperatury w granicach 1,5˚C w stosunku do okresu sprzed epoki przemysłowej, co pozwoliłoby uniknąć katastrofy klimatycznej. Również sekretarz generalny ONZ António Guterres powiedział po zakończeniu COP26: – Jest to ważny krok, ale to nie wystarczy. Nadszedł czas, by przejść na tryb awaryjny. Bitwa klimatyczna jest walką naszego życia i ta walka musi być wygrana.
Polska planuje wdrożyć unikatowy na skalę światową program paszportyzacji żywności. Dzięki niemu producenci zyskają dostęp do nowych rynków zbytu
Blisko 70 proc. Polaków kupuje żywność bardziej świadomie – zwraca uwagę na skład, wygląd, jakość i pochodzenie produktu. Pilotaż Paszportyzacji Polskiej Żywności ma sprawdzić możliwość uzyskania wiarygodnej informacji o żywności na każdym etapie łańcucha dostaw. Umowę dotyczącą projektu podpisały właśnie Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa oraz Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa. Na rozwiązaniu zyskają konsumenci i producenci, wzrosnąć może też eksport.
W resorcie rolnictwa 16 grudnia została podpisana umowa w sprawie pilotażowego projektu Paszportyzacji Polskiej Żywności. System ma pozwolić na identyfikację w pierwszej kolejności historii rolnej ziemniaków, wołowiny i wieprzowiny, aby zapewnić odbiorcom wiarygodną informację na temat produktów.
– Umowa między KOWR-em a NASK-iem dotyczy wykonania projektu przez NASK paszportyzacji żywności. To program pilotażowy, bo dotyczy ziemniaków, wieprzowiny, wołowiny, ale to ważna umowa ze względu na to, że konsumenci będą mogli dokładnie sprawdzić jakość żywności, certyfikacje, czy rzeczywiście to, co kupują, potwierdza się z rzeczywistością. Myślę, że to jest dobry początek i po zrealizowaniu tej umowy będziemy to rozszerzać na pozostałe produkty żywnościowe – mówi agencji Newseria Biznes Henryk Kowalczyk, wicepremier, minister rolnictwa i rozwoju wsi.
Paszportyzacja Polskiej Żywności ma pozwolić na budowę cyfrowego systemu, który umożliwi m.in. śledzenie informacji o produktach w łańcuchu dostaw „od pola do stołu” i uzyskanie wiarygodnej informacji o żywności na każdym jego etapie. Na tym zaś zależy konsumentom. Według badań przeprowadzonych na zlecenie Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska” podczas codziennych zakupów najważniejsza jest jakość (81 proc. ankietowanych), cena (ok. 77 proc.), walory ekologiczne (26,4 proc.) i miejsce pochodzenia produktu (25,7 proc.).
– Jakość sprawdzana jest w zaciszu laboratoriów, ale ważne jest, aby konsument miał do tego swobodny dostęp. NASK zaproponuje takie możliwości paszportyzacji żywności, żeby konsument w każdej chwili mógł spojrzeć, czy dany produkt jest przebadany przez różne instytucje – tłumaczy Henryk Kowalczyk.
– Paszportyzacja polega na tym, żeby od momentu wytworzenia czy właściwie zasiania zbiorów móc stwierdzić, czym są nawożone, jak są przetwarzane, jak są przewożone, jak są przechowywane, aż do momentu, kiedy trafiają na nasz stół – wskazuje Robert Król, zastępca dyrektora w NASK.
Pilotaż potrwa do 2023 roku i sprawdzi praktyczne możliwości zbudowania jednego, kompleksowego systemu IT dla różnych produktów żywnościowych. W efekcie możliwe będzie wygenerowania pełnego zakresu „paszportu” danego produktu oraz udostępnienie uczestnikom rynku informacji, które potwierdzą autentyczność, jakość i bezpieczeństwo żywności.
– Będziemy badać 60 różnych danych, które mogą być zawarte w tym paszporcie. Już wiemy, że jesteśmy w stanie pokazać, gdzie np. taki byk był chowany, w jaki sposób, czy brał antybiotyki, czy też nie brał, przez kogo był leczony, w jaki sposób był przewożony, czy był tam dobrostan oraz czy w sposób humanitarny został w ubojni przetworzony – wymienia Michał Wiśniewski, zastępca dyrektora generalnego Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa.
Drugi etap projektu, czyli budowa docelowego systemu IT, zaplanowana została na lata 2023–2024. Kluczowym etapem jego realizacji będzie wdrożenie do systemu IT funkcji udostępniającej informacje o produkcie żywnościowym konsumentom za pomocą aplikacji mobilnej. System będzie można następnie rozbudować o kolejne rynki.
– Zaproponujemy rozwiązania różnych paszportów, najbardziej powszechny będzie zawierał najbardziej podstawowe informacje. Natomiast rolnicy, którzy będą mieli chęć podnoszenia jakości swoich produktów i jednocześnie oferowania lepszej żywności na rynku, będą mogli dodawać do tego paszportu więcej informacji, np. zawartość biologiczną, mikroelementy – wskazuje Robert Król.
Projekt paszportyzacji żywności jest unikatowy na skalę światową. Dotychczas podobne praktyki stosowały jedynie największe sieci handlowe. Jeśli system się sprawdzi, sprzedaż polskiej żywności może wzrosnąć nie tylko w kraju, ale i za granicą.
– Na paszportyzacji skorzysta eksport polskiej żywności. Konsumenci zagraniczni czy importerzy tej żywności też będą mieli dostęp do paszportyzacji żywności, będą mieli pewność jakości, mam nadzieję, że to również da większą gwarancję jakości eksportowanej przez nas żywności – podkreśla Henryk Kowalczyk.
W 2020 roku wartość polskiego eksportu żywności wyniosła 34 mld euro, o 2 mld euro więcej niż w rok wcześniej. Odbiorcą są głównie kraje unijne, które odpowiadają za ok. 80 proc. polskich przychodów z eksportu – 27,2 mld euro. Rośnie też wartość polskiej żywności sprzedawanej poza Unię Europejską – jej wolumen wyniósł 6,8 mld euro.
– Wygramy przejrzystością, ponieważ jak wiemy, nasz eksport w tej chwili sięga ponad 156 mld zł rocznie. Dzięki temu paszportowi będziemy mogli w bardzo szybkim czasie otworzyć nowe rynki zbytu, właśnie dlatego że będziemy w stanie udowodnić dobrostan oraz humanitarne traktowanie zwierząt – przekonuje Michał Wiśniewski.
Polacy z innowacyjną aparaturą pomiarową do badań jakości koksu. Wykorzystywana jest w koksowniach i hutach w kilkunastu krajach świata
Jakość koksu określa się na podstawie dwóch składników: reakcyjności i wytrzymałości. Oba mają duże przełożenie na przemysł metalurgiczny, m.in. na wydajność i bezpieczeństwo procesu produkcji stali. Od lat 90. autorską aparaturą pomiarową do badania jakości koksu – jako jeden z niewielu na świecie – dysponuje warszawski Instytut Tele- i Radiotechniczny, należący do Sieci Badawczej Łukasiewicz. Rozwiązanie stworzone przez polskich badaczy funkcjonuje w koksowniach i hutach w kilkunastu krajach świata.
– Przemysł metalurgiczny jest dość złożony, procesy są prowadzone w sposób ciągły. Hutnicy, idąc do domu, nie wyłączają wielkich pieców hutniczych, ten proces musi się odbywać przy ciągłym zasypie surowców. Dlatego bardzo ważne jest, aby był on prowadzony w sposób bezpieczny, aby w czasie jego trwania nie wydarzyły się żadne awarie powodujące przerwy technologiczne. To właśnie zapewnia badanie właściwości koksu wielkopiecowego, które przekłada się też na ekonomię całego procesu – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Grotkowski, lider grupy badawczej Elektrotermia w Sieci Badawczej Łukasiewicz – Instytucie Tele- i Radiotechnicznym.
Przemysł metalurgiczny wytwarza stal w wielkich piecach, których temperatura sięga nawet 2000°C. Wnętrze takiego pieca jest naprzemiennie zasypywane surowcami, które tworzą warstwy i przesuwają się w dół, przechodząc przez kolejne etapy procesu. Każde wstrzymanie go generuje olbrzymie straty. Najczęściej jest to spowodowane złą jakością surowców, dlatego każdy z nich – przede wszystkim koks – musi się odznaczać wyśrubowanymi właściwościami. Jakość koksu określa się na podstawia dwóch składników: reakcyjności (CRI) oraz wytrzymałości (CSR).
– Koks jest produkowany z węgla. Ze względu na to, że węgiel powstaje w różnych rejonach świata, w różnym okresie i ma różne właściwości, badamy go pod kątem jego parametrów, a następnie sprawdzamy, czy wytworzony z niego koks udało się wyprodukować w taki sposób i z takimi właściwościami, jakie są nam potrzebne – wyjaśnia Łukasz Grotkowski.
Jeszcze do połowy lat 90. aparaturą pomiarową do badania jakości koksu dysponowała zaledwie jedna firma na świecie – japoński koncern Nippon Steel. Współpraca Przemysłowego Instytutu Elektroniki (obecnie Łukasiewicz-ITR) z Uniwersytetem Technicznym w Ostrawie w 1996 roku zaowocowała jednak opracowaniem i wdrożeniem prototypu stanowiska laboratoryjnego do oznaczania jakości koksu. Rok później naukowcy Łukasiewicz-ITR rozwinęli ten projekt i opracowali pierwsze stanowisko badawcze na zlecenie Mittal Steel, ówczesnego potentata na rynku hutniczym. Rozwiązanie zostało na tyle dobrze przyjęte przez rynek, że do 2020 roku zainstalowano 30 stanowisk badawczych koksu, m.in. w Czechach, Rumunii, Serbii, Anglii, Rosji, Turcji oraz na Słowacji, Ukrainie i Węgrzech.
– Nasze stanowiska laboratoryjne pracują przeważnie w zakładach produkujących koks, czyli w koksowniach. Sprzedajemy je jednak również do kopalni węgli koksujących, jak również do ostatecznych użytkowników koksu, czyli do hut. Co roku sprzedajemy około dwóch takich stanowisk, co wynika z faktu, że tych dużych zakładów przemysłowych nie ma aż tak wiele – mówi lider grupy badawczej Elektrotermia.
Próbki surowca są testowane w zestandaryzowanych warunkach, które imitują te panujące w wielkim piecu hutniczym. Uzyskane wyniki pozwalają dobrać ilość koksu optymalną do produkcji stali. Nie tylko pod kątem bezpieczeństwa, ale także wydajności całego procesu.
– Jeżeli mamy koks o lepszych właściwościach, możemy go dozować mniej. Jeżeli jest to gorszy koks, wtedy musimy go zużywać więcej. To nie jest wskazane nie tylko pod kątem ekonomicznym, ale również ze względu na emitowane gazy cieplarniane – mówi Łukasz Grotkowski.
Dzięki współpracy z przemysłem stanowiska badawcze CRI/CSR są ciągle rozwijane i udoskonalane. W ubiegłym roku rozpoczął się projekt Karbonowa, którego celem jest ich modernizacja i zaimplementowanie nowych technologii.
– Nasze stanowisko laboratoryjne powstawało przez wiele lat, dodawaliśmy do niego nowe moduły i możliwości. Dlatego w tej chwili prowadzimy projekt finansowany z projektów celowych Łukasiewicza, który ma na celu ujednolicenie całej konstrukcji oraz wprowadzenie pewnych udogodnień, które pojawiły się na przestrzeni ostatnich lat. Jednocześnie dzięki współpracy z innym instytutem z Sieci Badawczej Łukasiewicz przy tym projekcie mamy możliwość rozszerzenia naszej oferty poprzez dodanie bliźniaczego stanowiska, które będzie badało podobne parametry, ale tym razem nie koksu, tylko rudy żelaza, czyli drugiego materiału, który jest wykorzystywany w procesie wytopu żelaza – wyjaśnia ekspert Łukasiewicz-ITR.
Sieć Badawcza Łukasiewicz to trzecia pod względem wielkości sieć badawcza w Europie. Dostarcza atrakcyjne, kompletne i konkurencyjne rozwiązania technologiczne. Oferuje biznesowi unikalny system „rzucania wyzwań”, dzięki któremu grupa 4500 naukowców w nie więcej niż 15 dni roboczych przyjmuje wyzwanie biznesowe i proponuje przedsiębiorcy opracowanie skutecznego rozwiązania wdrożeniowego. Angażuje przy tym najwyższe w Polsce kompetencje naukowców i unikalną w skali kraju aparaturę naukową. Co najważniejsze, przedsiębiorca nie ponosi żadnych kosztów związanych z opracowaniem pomysłu na prace badawcze. Łukasiewicz w dogodny sposób wychodzi naprzeciw oczekiwaniom biznesu. Przedsiębiorca może zdecydować się na kontakt nie tylko przez formularz na stronie https://lukasiewicz.gov.pl/biznes/, ale także w ponad 50 lokalizacjach: Instytutach Łukasiewicza i ich oddziałach w całej Polsce. Wszędzie otrzyma ten sam – wysokiej jakości – produkt lub usługę. Potencjał Łukasiewicza skupia się wokół takich obszarów badawczych jak: zdrowie, inteligentna mobilność, transformacja cyfrowa oraz zrównoważona gospodarka i czysta energia.
Rolnicy coraz chętniej korzystają z odnawialnych źródeł energii. Ubezpieczenia takich instalacji mogą być dodatkiem do polisy rolnej
Panele fotowoltaiczne na dachach to coraz częstszy widok na polskiej wsi. Rolnicy coraz chętniej korzystają z rozwiązań OZE, w czym pomaga m.in. możliwość uzyskania dofinansowania z programu Agroenergia. Eksperci ubezpieczeniowi radzą, by tego typu instalacje włączyć w zakres posiadanej polisy. Ochrona ubezpieczeniowa zadziała m.in. w przypadku przepięcia czy zniszczenia paneli na skutek gradu lub wichury. Zmiany klimatu i związane z nimi gwałtowne zjawiska pogodowe pozostają główną kategorią ryzyk w rolnictwie i ten trend będzie się utrzymywać.
– Ubezpieczenia gospodarstw rolnych to dynamiczna część rynku, w której pojawia się coraz więcej rozwiązań dedykowanych nowym technologiom i odnawialnym źródłom energii, jak np. instalacje fotowoltaiczne czy kolektory słoneczne. Poza typowymi ryzykami, które są związane ze zdarzeniami naturalnymi, takimi jak burze, wiatr czy grad, ubezpieczane są dziś również zdarzenia takie jak przepięcie czy utrata energii – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Paduszyński, dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Indywidualnych w TU Compensa SA.
Eksperci rynku energetycznego podkreślają, że technologie OZE mają największy potencjał rozwoju właśnie na obszarach wiejskich. Rząd zapowiada nowe rozwiązania, które mają sprawić, że wykorzystanie biomasy, fotowoltaiki czy innych bezemisyjnych źródeł będzie jak największe. Nad rekomendacjami w tym zakresie pracuje zespół roboczy złożony z ekspertów resortu rolnictwa oraz klimatu i mają one być przedstawione jeszcze w grudniu.
Można więc oczekiwać, że zainteresowanie rolników inwestowaniem w różnego typu mikroinstalacje będzie rosło. Jak wskazuje raport URE, w ubiegłym roku w Polsce energia elektryczna była wytwarzana w niemal 460 tys. mikroinstalacji, a łączna moc zainstalowana wynosiła ponad 3 GW. Niemal 100 proc. stanowiły panele fotowoltaiczne.
Tego typu instalacje są narażone na zniszczenia podobnie jak inne elementy budynków i podobnie jak one mogą podlegać ubezpieczeniom. Na nieco innych zasadach chronione są panele montowane na dachach budynków, a na innych instalacje wolnostojące. W tym pierwszym przypadku jest to element budynku i ubezpieczony powinien zwiększyć jego wartość o wartość paneli. Urządzenia, które stoją bezpośrednio na ziemi, są traktowane jako osobna budowla podlegająca odrębnemu ubezpieczeniu.
– Dziś rolnik może ubezpieczyć praktycznie każdy rodzaj mienia. Począwszy od budynków, które wchodzą w skład obowiązkowych ubezpieczeń, poprzez mienie ruchome, czyli ruchomości domowe i inne ruchomości znajdujące się na terenie gospodarstwa rolnego – po maszyny, sprzęt rolniczy, zwierzęta czy ziemiopłody znajdujące się w magazynach – wymienia ekspert Compensy. – Rolnik może ubezpieczyć także nowoczesne technologie, np. z zakresu OZE, które są objęte specjalnym ubezpieczeniem od chociażby przepięcia.
Zgodnie z ustawą o ubezpieczeniach obowiązkowych z 2003 roku rolnicy posiadający gospodarstwo o łącznej powierzchni co najmniej 1 ha mają obowiązek ubezpieczenia budynków rolniczych od pożaru i innych zdarzeń losowych oraz wykupienia obowiązkowej polisy OC, która zabezpiecza rolnika, mieszkającą z nim rodzinę i wszystkich tych, którzy pracują w gospodarstwie rolnym.
Właściciele gospodarstw, którym zależy na większej ochronie lub chcą zabezpieczyć się przed skutkami coraz gwałtowniejszych zjawisk pogodowych, mają do wyboru szereg opcji dodatkowych. Co istotne, wszystko to rolnik może ubezpieczyć na jednej polisie, łączącej ubezpieczenie dobrowolne i obowiązkowe w zakresie majątkowym i osobowym.
– Wypłaty odszkodowań w ubezpieczeniach rolnych są najczęściej związane ze zjawiskami naturalnymi. I tu obserwujemy, że te zjawiska są coraz bardziej gwałtowne. Mamy coraz silniejsze opady, coraz gwałtowniejsze wichury, coraz większe lokalne podtopienia – wymienia Andrzej Paduszyński.
Opublikowany w 2019 roku raport Europejskiej Agencji Środowiska (EEA) pokazuje, że ekstremalne warunki pogodowe, takie jak powodzie, susze i fale upałów, z każdym rokiem osiągają poziom nienotowany dotychczas w Europie. To zaś zły prognostyk dla rolnictwa, które jest jednym z sektorów najbardziej narażonych na ich skutki.
Unijna agencja wskazuje, że zmiany klimatu już w tej chwili są mocno odczuwalne dla rolników i sektora rolnego, a prognozy wskazują, że do 2050 roku plony upraw takich jak pszenica, kukurydza i burak cukrowy mogą spać w Europie nawet o 50 proc., co spowoduje znaczny spadek dochodów gospodarstw rolnych. Według EEA w niektórych częściach Europy produkcja roślinna i hodowlana będzie musiała zostać całkiem zarzucona ze względu na nasilone efekty zmiany klimatu („Climate change impacts and adaptation in the agricultural sector in Europe”).
Wpływ gwałtownych zjawisk pogodowych na sektor rolnictwa podkreśla też przyjęta w 2019 roku „Polityka ekologiczna Polski do 2030 roku”. Scenariusze klimatyczne dla Polski pokazują, że w tej dekadzie powszechne staną się coraz częstsze i dłuższe fale upałów. Równie dotkliwe mogą być krótkie, ale bardzo intensywne opady deszczu, powodujące lokalne zalania i podtopienia. Kolejnym problemem jest też susza, która w Polsce pojawia się już co roku, wywołując wielomiliardowe straty po stronie rolników i hodowców.
– Oczywiście nie można zapominać o tym, co trapiło rolnictwo od zawsze, czyli o pożarach. Tych jest bardzo wiele i to też jest istotne zagrożenie, o którym trzeba pamiętać – mówi Andrzej Paduszyński.
Z danych Komendy Głównej Państwowej Straży Pożarnej wynika, że liczba pożarów sukcesywnie rośnie – w 2019 roku w polskim rolnictwie odnotowano 38,3 tys. pożarów, podczas gdy rok wcześniej było ich o prawie 8 tys. mniej. Blisko 3 tys. takich incydentów dotyczyło budynków rolniczych, a 6,5 tys. – upraw i maszyn rolniczych. Do wielu takich zdarzeń dochodzi w okresie żniw, szczególnie jeśli towarzyszy im susza.
Polisa dla rolnika zawiera także obowiązkowe OC z tytułu posiadania gospodarstwa rolnego. W ramach produktów dobrowolnych w Compensie rolnik może to OC rozszerzyć również na życie prywatne. Dodatkowo oferowane jest mu również assistance dla rolnika obejmujące m.in. pomoc medyczną czy informatyczną.
Pandemia zachwiała łańcuchami dostaw podzespołów elektronicznych. W efekcie zwiększony popyt odczuli polscy producenci
Pandemia COVID-19 i zamknięte granice mocno zachwiały w ostatnim roku globalnymi łańcuchami dostaw podzespołów elektronicznych i elementów do ich montażu. Dzięki temu zwiększony popyt odczuli polscy producenci. Instytut Tele- i Radiotechniczny należący do Sieci Badawczej Łukasiewicz umocnił swoją pozycję jako główny dostawca obwodów drukowanych PCB na polskim rynku. Prowadzone w ostatnim czasie inwestycje w park maszynowy i moce produkcyjne pozwoliły warszawskiemu instytutowi uniknąć przestojów i sprostać rosnącym zamówieniom od polskich firm.
– Znacząco odczuliśmy przerwanie łańcuchów dostaw. Wzrósł popyt na produkty krajowe, ale jednocześnie brak laminatów i komponentów spowodował znaczne opóźnienia w dostawach. Część z klientów zrezygnowała z zakupu obwodów drukowanych – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Ostaszewski, zastępca kierownika Działu Obwodów Drukowanych w Sieci Badawczej Łukasiewicz – Instytucie Tele- i Radiotechnicznym (Łukasiewicz–ITR).
Jak wskazuje, pandemia COVID-19 w ostatnim roku mocno zachwiała globalnymi łańcuchami dostaw podzespołów elektronicznych. Pojawiły się też problemy w dostawach laminatów i odczynników chemicznych do produkcji obwodów drukowanych. To przełożyło się na wzrosty cen i dywersyfikację rynku, przede wszystkim zwrot w kierunku rynku europejskiego i amerykańskiego.
– W naszym przypadku spowodowało to jednak wzrost zainteresowania obwodami drukowanymi, ponieważ sprowadzanie ich z rynku chińskiego było utrudnione. My mieliśmy na stanie odpowiednią ilość materiałów do wykonywania tych obwodów, więc był to okres prosperity, nastąpił u nas wzrost produkcji obwodów drukowanych – mówi ekspert.
Łukasiewicz–ITR od ponad 60 lat prowadzi prace badawcze w zakresie technologii elektronicznych. Działający tu Dział Obwodów Drukowanych jest wiodącym ośrodkiem badawczym w tym zakresie w Polsce. Powstają w nim specjalistyczne płytki drukowane z wbudowanymi podzespołami, prototypy i krótkie serie precyzyjnych płytek PCB do zastosowań specjalnych. Obwody drukowane PCB to płytki z materiału izolacyjnego z połączeniami elektrycznymi (tzw. ścieżkami) i punktami lutowniczymi, przeznaczone do montażu podzespołów elektronicznych.
– Obwody drukowane są wykorzystywane praktycznie we wszystkich urządzeniach elektronicznych. Stanowią podstawowy element montażu elementów elektronicznych. Wykonana mozaika ścieżek pozwala na przesyłanie sygnałów pomiędzy wyprowadzeniami tych elementów. Dlatego obwody drukowane są wykorzystywane zarówno w sektorze komercyjnym, jak i w urządzeniach, gdzie niezbędna jest bardzo wysoka niezawodność pracy – mówi Dariusz Ostaszewski.
Najbardziej innowacyjne zastosowania takich obwodów to branża wojskowa i kosmiczna, gdzie zachodzi konieczność łączenia materiałów o różnych właściwościach i zapewnienia wysokiej niezawodności pracy urządzeń w skrajnie niekorzystnych warunkach.
– Najwięcej zapytań mamy właśnie ze strony sektora wojskowego. Od kilkunastu lat współpracujemy też z Politechniką Wrocławską w ramach projektów realizowanych na użytek sektora kosmicznego oraz projektów dotyczących układów antenowych i radarowych, przeznaczonych dla bezzałogowych platform morskich i lotniczych – wymienia zastępca kierownika Działu Obwodów Drukowanych w Łukasiewicz–ITR.
Instytut może się też pochwalić wieloma projektami realizowanymi wspólnie z Europejską Agencją Kosmiczną i współpracą z NASA, dla której wykonał dwie anteny ARISS na potrzeby Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. W 2018 roku wykonał też podsystemy telekomunikacyjne dla zainstalowanego na orbicie satelity European Student Earth Orbiter Satellite (ESEO).
Pandemia i związane z nią braki w dostępności elektroniki spowodowały, że Łukasiewicz–ITR umocnił swoją pozycję jako główny dostawca obwodów drukowanych PCB na polskim rynku. Warszawski instytut był w stanie odpowiedzieć na zwiększony popyt dzięki prowadzonym od kilku lat inwestycjom w swój park maszynowy. Kompleksowa modernizacja zakładu, zastąpienie całego parku maszynowego nowocześniejszymi urządzeniami technologicznymi i adekwatną do specyfiki produkcji aparaturą kontrolno-pomiarową spowodowały, że w tej chwili moce produkcyjne placówki pozwalają na zaspokojenie potrzeb polskiego rynku, a przedsiębiorcy wykorzystujący w swoich wyrobach płytki PCB jako komponent mają szansę uniknąć zastojów spowodowanych przerwanymi światowymi łańcuchami dostaw.
– Nasze prace badawcze zmierzają przede wszystkim w kierunku poprawy jakości produkcji obwodów drukowanych, w kierunku ich miniaturyzacji oraz wykonywania obwodów zawierających materiały dielektryczne o różnych właściwościach. Chcielibyśmy też skupić się na obwodach drukowanych pracujących w bardzo wysokich częstotliwościach – wymienia Dariusz Ostaszewski.
Sieć Badawcza Łukasiewicz to trzecia pod względem wielkości sieć badawcza w Europie. Dostarcza atrakcyjne, kompletne i konkurencyjne rozwiązania technologiczne. Oferuje biznesowi unikalny system „rzucania wyzwań”, dzięki któremu grupa 4500 naukowców w nie więcej niż 15 dni roboczych przyjmuje wyzwanie biznesowe i proponuje przedsiębiorcy opracowanie skutecznego rozwiązania wdrożeniowego. Angażuje przy tym najwyższe w Polsce kompetencje naukowców i unikalną w skali kraju aparaturę naukową. Co najważniejsze, przedsiębiorca nie ponosi żadnych kosztów związanych z opracowaniem pomysłu na prace badawcze. Łukasiewicz w dogodny sposób wychodzi naprzeciw oczekiwaniom biznesu. Przedsiębiorca może zdecydować się na kontakt nie tylko przez formularz na stronie https://lukasiewicz.gov.pl/biznes/, ale także w ponad 50 lokalizacjach: Instytutach Łukasiewicza i ich oddziałach w całej Polsce. Wszędzie otrzyma ten sam – wysokiej jakości – produkt lub usługę. Potencjał Łukasiewicza skupia się wokół takich obszarów badawczych jak: zdrowie, inteligentna mobilność, transformacja cyfrowa oraz zrównoważona gospodarka i czysta energia.
Technologiczne kierunki studiów przeżywają oblężenie. Budowanie kadr kluczowe dla rozwoju branży
Rynek innowacji w edukacji znacząco zyskał w trakcie pandemii. Coraz więcej polskich start-upów wychodzi ze swoimi produktami na globalne rynki
Pandemia wymusiła na szkołach naukę zdalną, co otworzyło drogę dla rozwoju innowacyjnych rozwiązań i przyspieszyło wdrażanie nowych technologii w edukacji. Eksperci oceniają, że w ostatnich miesiącach rynek „przeskoczył” co najmniej trzy lata rozwoju. Sektorem interesuje się coraz więcej start-upów. Najczęściej pracują one nad szkoleniami z zakresu kodowania, aplikacjami oraz grami edukacyjnymi i materiałami szkoleniowymi dla pracowników – wynika z raportu Fundacji Startup Poland. Globalnie rynek ten przyciąga duży kapitał, ale polscy inwestorzy są ostrożniejsi niż zagraniczni koledzy w finansowaniu tego typu przedsięwzięć.
– Rynek edtech wśród polskich start-upów jest coraz bardziej rozpoznawany i jest ich coraz więcej, natomiast mamy kilkunastu topowych graczy, którzy działają globalnie i odnoszą sukcesy. Jeden z nich jest, można by powiedzieć, prawie jednorożcem – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Snażyk, prezes Fundacji Startup Poland.
Mowa tu o start-upie Brainly, który do grudnia ub.r. pozyskał 150 mln dol. finansowania i jest największą na świecie platformą społecznościową, która pomaga w edukacji uczniów. Do tego typu firm trafiło w trakcie pandemii sporo zewnętrznego kapitału. Z danych „EdTech Founding 2021” przygotowanym przez Brighteye Ventures wynika, że na świecie funkcjonują obecnie 24 jednorożce edtechowe, które łącznie zebrały ponad 16 mld dol. i są warte już ponad 77 mld dol. Co ciekawe, aż 13 z nich stało się jednorożcami w okresie od maja 2020 roku, z czego siedem w 2020 i sześć w pierwszej połowie 2021 roku. Najwięcej podmiotów na światowej liście jednorożców pochodzi ze Stanów Zjednoczonych.
– Rynek edtech cieszy się bardzo dużą popularnością wśród inwestorów. Chodzi w szczególności o inwestorów zagranicznych. Polscy inwestorzy na razie nie inwestują tak dużo, ale myślę, że za rok, dwa lata to się zmieni – przyznaje prezes Fundacji Startup Poland.
Na całym świecie w 2020 roku fundusze venture capitals zainwestowały ponad 10 mld dol. w start-upy z sektora edtech, czyli dwa razy więcej niż w 2019 roku – wskazują dane z opracowania „EdTech Founding 2021” przytaczanego przez Fundację Startup Poland. Rynek w Europie w trakcie pandemii również dostał duży zastrzyk inwestycji VC, osiągając rekordową wartość 711 mln dol. w 2020 roku, czyli 13 razy więcej niż w 2013 roku. Liderem, jeśli chodzi o inwestycje, są start-upy z Wielkiej Brytanii, gdzie dokonano 40 proc. wszystkich transakcji.
– Pandemia była punktem kulminacyjnym, kiedy oczy całego świata zwróciły się na edukację zdalną, natomiast wiele krajów, jak Australia, Stany Zjednoczone czy kraje skandynawskie, już było w to zaangażowanych. Nie można zapominać o Azji, w szczególności Chinach i Indiach, gdzie już od bardzo długiego czasu prowadzone były prace dotyczące tego, w jaki sposób uczyć ludzi. Rozwój social mediów i nowych technologii spowodował, że rynek edukacyjny musiał przejść metamorfozę – podkreśla Tomasz Snażyk.
Z raportu „Europe EdTech and Smart Classroom Market” opracowanego przez Business Market Insights wynika, że globalnymi faworytami w sektorze, oprócz podmiotów amerykańskich, są obecnie firmy z dwóch największych azjatyckich krajów – Chin oraz Indii. Z kolei w Europie najlepiej rozwinięte sektory edtech mają Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Włochy i Rosja.
– W czasie pandemii wiele osób zobaczyło, w jaki sposób mogą działać szkoła, uniwersytety, w jaki sposób mogą się inaczej uczyć nie tylko dzieci, ale też dorośli – wyjaśnia prezes Fundacji Startup Poland. – Pandemia była i jest impulsem do tworzenia nowych pomysłów i do tego, w jaki sposób ludzie, uczniowie, szkoły, nauczyciele odbierają nowe technologie. W ciągu najbliższych kilku lat będziemy widzieli znaczny wzrost, jeśli chodzi o liczbę start-upów i ich wartość. Zresztą szacuje się, że ten rynek globalnie będzie wart 305 mld dolarów do 2025 roku.
Z raportu Fundacji Startup Poland „Czy polskie spółki EdTech mają szansę odmienić oblicze światowej edukacji?” wynika, że najwięcej takich podmiotów w kraju oferuje rozwiązania służące do nauki programowania. Odsetek takich firm – prowadzących szkolenia, kursy i szkoły kodowania – stanowi obecnie w Polsce ponad 22 proc. Podobny odsetek opracowuje gry i aplikacje edukacyjne oraz narzędzia z kategorii HR. Eksperci fundacji wyjaśniają, że są to różnego rodzaju materiały multimedialne służące do rozwoju pracowników, ich karier i wsparcia mentoringowego. Kolejna najliczniejsza grupa (17,5 proc.) to producenci lub dystrybutorzy sprzętu i gadżetów służących do nauki – od multimedialnych tablic, monitorów, tabletów, przez interaktywne zestawy do nauki, aż po drukarki 3D i roboty. Ponad 11 proc. start-upów zajmuje się wsparciem w nauce języków obcych, najczęściej języka angielskiego.
– Perspektywy dla tego sektora oceniamy bardzo pozytywnie. Uważamy, że polskie start-upy, a będzie ich coraz więcej, będą się liczyły na rynku globalnym i zdobywały coraz większą liczbę klientów. Co najważniejsze, będą też zmieniały sposób, w jaki uczymy się my, jak się uczą nasze dzieci i w jaki sposób funkcjonują szkoły – zaznacza Tomasz Snażyk.

