czwartek, 1 grudnia, 2022

audytoria.pl

Rozładowane akumulatory wciąż najczęstszą przyczyną awarii samochodów. Samodzielna wymiana może być zbyt skomplikowana

Zimą źródłem kłopotów z samochodami są przede wszystkim niesprawne akumulatory. Z danych niemieckiej organizacji ADAC wynika, że to przyczyna 46 proc. awarii. Do rozładowania akumulatora może się przyczyniać m.in. korzystanie z dużej liczby funkcjonalności w aucie tuż po jego uruchomieniu, takich jak nawigacja, radio czy podgrzewanie siedzeń i kierownicy, ale też sporadyczne użytkowanie samochodów lub jeżdżenie tylko na krótkich dystansach. Kierowcy zwykle reagują na problemy z akumulatorem, kiedy już jest za późno i nie można uruchomić silnika. Dlatego tak ważne jest regularne kontrolowanie urządzenia w serwisie. Eksperci zalecają też, by fachowcom zostawić sam proces wymiany akumulatora, bo w nowych autach nie jest to już takie proste.

Kierowcy dostrzegają problem z akumulatorem w momencie, kiedy pojawi się problem z uruchomieniem silnika. Wtedy niestety jest już za późno. Pierwsze objawy związane z niesprawnością akumulatora zauważalne są o wiele wcześniej. W przypadku pojazdów konwencjonalnych jest to przeważnie migająca kontrolka akumulatora na desce rozdzielczej lub przygasające światła mijania w momencie, kiedy następuje uruchomienie silnika. W pojazdach z systemem start/stop ograniczane są funkcje komfortu kierowcy oraz jest to ciągle pracujący silnik. To wszystko oznacza, że akumulator znajduje się w stanie niedoładowanym i wymaga szybkiej interwencji ze strony kierowcy – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Adam Potępa, specjalista ds. akumulatorów w Clarios Poland.

Według statystyk automobilklubu ADAC 46 proc. awarii na drodze jest związanych z niesprawnym akumulatorem. Aby temu zapobiec, należy regularnie sprawdzić stan akumulatora. Eksperci zalecają, by robić to co najmniej raz na trzy miesiące. Żywotność współcześnie produkowanych akumulatorów to średnio od trzech do czterech lat. Jest ona jednak liczona przy założeniu, że bateria będzie eksploatowana w optymalnych warunkach. Często jednak tak się nie dzieje, więc akumulatory mogą się zużywać dużo szybciej.

– W pierwszej kolejności należy zwrócić uwagę na korzystanie z pojazdu na krótkich dystansach. Alternator nie jest w stanie wtedy uzupełnić energii, która została pobrana na rozruch silnika. W okresie zimowym korzystanie z takich odbiorników jak podgrzewanie siedzeń, lusterek i kierownicy powoduje ujemny bilans energetyczny, a tym samym rozładowanie akumulatora. Kolejnym czynnikiem, który zdecydowanie wpływa na jego żywotność, jest sporadyczne korzystanie z pojazdu. Z akumulatora pobierana jest energia na obsługę systemów bezpieczeństwa lub też systemów komfortu. W pojazdach często montowane są inne odbiorniki, jak aktywne wideorejestratory albo systemy GPS. To wszystko rozładowuje akumulator i prowadzi do pierwszych problemów z uruchomieniem silnika – wymienia Adam Potępa.

W efekcie w okresie zimowym często dochodzi do sytuacji, w której w warunkach niskiej temperatury w akumulatorze ograniczają się reakcje chemiczne. Przekłada się to na problemy z rozruchem silnika. Takim sytuacjom można zapobiegać, dbając o kondycję akumulatorów, mimo że teoretycznie są już one bezobsługowe. Wiele czynności diagnostycznych użytkownik auta może przeprowadzić samodzielnie.

– W przypadku pojazdów konwencjonalnych, w których lokalizacja akumulatora jest łatwo dostępna dla kierowcy, należy w pierwszej kolejności zweryfikować napięcie akumulatora. Możemy się posłużyć multimetrem z opcją woltomierza. Przy okazji warto zweryfikować mocowanie i jego stabilność w skrzynce pojazdu oraz jakość połączeń klem z biegunami akumulatora. Przy użyciu ściereczki antystatycznej usuwamy brud, wilgoć i zabrudzenia z obudowy akumulatora, aby uniknąć powstania prądów pełzających, które prowadzą do jego samorozładowania. W przypadku pojazdów zaawansowanych, gdzie lokalizacja akumulatora jest utrudniona, warto posiłkować się usługami serwisu, który wykona diagnostykę akumulatora w sposób rzetelny i fachowy – radzi ekspert.

Producent akumulatorów VARTA co roku prowadzi program bezpłatnego testowania tych urządzeń. W prawie 3 tys. należących do sieci serwisów można umówić się na diagnostykę akumulatora lub skorzystać z niej w ramach rutynowych czynności serwisowych. Lista warsztatów biorących udział w akcji jest dostępna na stronie internetowej producenta.

W ramach takiej procedury przeprowadzany jest test akumulatora, weryfikowane jest napięcie ładowania ze strony alternatora oraz sprawdzane jest zachowanie akumulatora w momencie uruchamiania silnika. Na podstawie otrzymanych wyników określany jest stan techniczny urządzenie i podejmowana jest decyzja o dalszym korzystaniu z niego, konieczności jego doładowania lub wymiany – mówi Adam Potępa.

Jak podkreśla, w przypadku tej ostatniej opcji również warto skorzystać z pomocy fachowców.

– Dawniej wymiana akumulatora była stosunkowo prostą czynnością, obecnie niestety jest to dość skomplikowany proces serwisowy. Polega nie tylko na demontażu starego i montażu nowego akumulatora, ale również na szeregu czynności diagnostycznych, które są niezbędne po jego wymianie. Dla przykładu w pojazdach wyposażonych w system zarządzania energią niezbędna jest adaptacja takiego akumulatora w pojeździe, do czego oczywiście potrzebne są odpowiednie narzędzia diagnostyczne. Dodatkowo w pozostałych pojazdach możemy spotkać się z koniecznością ustawienia czujnika kąta skrętu kierownicy, regulacji poziomu opuszczania szyb elektrycznych lub też regulacji pracy szyberdachu, dlatego warto rozważyć wizytę w serwisie w celu wymiany akumulatora – sugeruje specjalista ds. akumulatorów w Clarios Poland.

Warsztat zajmie się także utylizacją zużytego akumulatora, bo te urządzenia nie mogą trafiać na śmietnik.

Orange ma światłowód o przepustowości 10 Gb/s. Będzie mogło na nim działać 256 urządzeń jednocześnie

Każdego roku ilość danych przesyłanych w sieci rośnie. Użytkownicy przesyłają i streamują coraz więcej treści wideo, często w jakości 4K, pobierają gry z platform cyfrowych, a w domach pojawia się coraz więcej urządzeń, m.in. rozwiązań smart home. Wszystko to powoduje, że zapotrzebowanie na szybką i wydajną sieć stale rośnie. Jak wynika z danych UKE, internet w Polsce sukcesywnie przyspiesza, a rynek czeka kolejny skok. Orange zaprezentował właśnie światłowód o przepustowości 10 Gb/s. Operator wskazuje, że dzięki tej technologii możliwe będzie podłączenie po WiFi nawet 256 urządzeń jednocześnie i korzystanie z sieci domowej bez utraty jakości połączenia. Od poniedziałku 21 listopada br. będzie można ją testować w największych miastach Polski. 

– Światłowód jest coraz częściej świadomym wyborem klientów – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Kłucjasz, dyrektor ds. strategii i zarządzania wartością dla rynku konsumenckiego w Orange Polska.

Jak wynika z danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej, w Polsce tradycyjne kable są sukcesywnie i w dość szybkim tempie wypierane przez światłowody, za pomocą których w 2021 roku oferowano dostęp do internetu dla 32,9 proc. użytkowników. W ubiegłym roku liczba użytkowników FTTH wzrosła o 32 proc., a w ciągu ostatnich dwóch lat – aż o 79 proc. Według UKE światłowody należą do najszybciej rozwijających się technologii dostępowych, a długość linii światłowodowych w Polsce wzrasta z każdym rokiem. Z danych przekazanych przez operatorów, samorządy i przedsiębiorstwa użyteczności publicznej wynika, że na koniec ubiegłego roku długość sieci optycznej w Polsce wynosiła już 421 tys. km.

„Raport o stanie rynku telekomunikacyjnego w 2021 roku”, opublikowany przez UKE, pokazuje również, że liderem technologii FTTH podobnie jak w poprzednich latach pozostaje Orange Polska. Pod względem liczby użytkowników udział operatora w tym rynku wyniósł w ubiegłym roku 32,4 proc., jest więc największym w kraju dostawcą usług światłowodowych, z których korzysta ponad 1 mln klientów indywidualnych.

 Dostępność do internetu światłowodowego Orange dynamicznie rośnie. W 2012 roku zaczynaliśmy od kilku największych miast, a w tej chwili obejmujemy zasięgiem łącznie już niemal 7 mln gospodarstw domowych, docieramy do 800 miast i ponad 17 tys. miejscowości w całej Polsce – mówi dyrektor ds. strategii i zarządzania wartością  w Orange Polska.

Z prognoz firmy badawczej Analysys Mason przytaczanych przez UKE wynika, że w nadchodzących latach infrastruktura światłowodowa w Polsce będzie nadal się rozwijać w dość dynamicznym tempie. Według analityków liczba łączy światłowodowych będzie wzrastać średniorocznie o 13,3 proc., aby w 2026 roku osiągnąć poziom 5,7 mln (wobec 3 mln w ubiegłym roku).

– Dostęp do światłowodu będzie się zmieniał, planujemy co roku nowe inwestycje i obejmowanie zasięgiem kolejnych miejscowości i gospodarstw domowych. Ich liczba nadal będzie zwiększać się o co najmniej 700–800 tys. rocznie – ta dynamika będzie utrzymana. Wierzymy, że światłowód trafi do większości gospodarstw domowych – mówi Rafał Kłucjasz. – Mamy również tę satysfakcję, że przy wyborze światłowodu internetowego Orange jest rozważany przez klientów dwukrotnie częściej niż nasz kolejny konkurent na rynku [badanie PBS na zlecenie operatora z lipca br. – red].

Jak wskazuje UKE, internet w Polsce znacząco przyśpiesza, a liczba łączy o najwyższych przepływnościach (to szybkość internetu, jaką użytkownik może osiągnąć na swoim urządzeniu) podwoiła się w ciągu ostatnich dwóch lat. Szybki rozwój światłowodu jest efektem tego, że co roku rośnie ilość danych przesyłanych w sieci.

Potrzebujemy tak szybkiego internetu, ponieważ w naszych domach pojawia się coraz więcej urządzeń, które są przez cały czas do niego podłączone. To nie tylko dekoder, telewizor czy radio internetowe, ale i tablety, inteligentne zegarki, wiele sensorów, które czuwają nad ogrzewaniem czy poziomem wilgoci w domu, oraz urządzenia AGD, które też podłączamy do sieci – wymienia ekspert. – Z drugiej strony rosną również wymagania dotyczące rozrywki i contentu, który jest coraz bardziej bogaty, jeśli chodzi o zaawansowane rozwiązania typu ultra HD, 4K czy już nawet 8K, i konsumuje coraz więcej transmisji danych. 

Orange zaprezentował w tym tygodniu technologię XGSPON, czyli światłowód o przepustowości 10 Gb/s i przepływności 8 Gb/s, którego możliwości potwierdziły testy prowadzone w siedzibie firmy w Warszawie. Operator wskazuje, że dzięki tym parametrom możliwe będzie podłączenie po WiFi nawet 256 urządzeń jednocześnie i komfortowe korzystanie z domowej sieci bez utraty jakości połączenia. Światłowód o przepustowości 10 Gb/s jest rozwiązaniem dla domów, w których kilku użytkowników korzysta równocześnie z wielu urządzeń, ale również dla małych i średnich firm.

– Światłowód to rozwiązanie dla rosnącej grupy klientów bardzo wymagających – mówi Rafał Kłucjasz. – W tej chwili klienci wykorzystują internet nie tylko do tego, żeby oglądać filmy, ale też np. zdalnie zarządzać swoim domem, uczyć się czy pracować. Natomiast gamersi doceniają światłowód dlatego, że mają bardzo szybkie tzw. pingi, co pozwala im wygrywać z rywalami w grach sieciowych. 

Orange zapowiada, że technologia XGSPON (pod nazwą Orange Światłowód Pro 10.0) pojawi się w ofercie w ciągu kolejnych kilku miesięcy. Od poniedziałku 21 listopada br. będzie można ją przetestować w sześciu największych miastach Polski. Specjalne stanowiska do testowania superszybkiego światłowodu pojawią się w Gdańsku w Galerii Bałtyckiej, w łódzkiej Manufakturze, w Poznaniu w Galerii Pestka, w Krakowie w Galerii Zakopiańskiej oraz w dwóch lokalizacjach w Warszawie – w Miasteczku Orange oraz w Domu Handlowym Sezam.

Przydomowe mikroinstalacje wiatrowe mogą być dobrym uzupełnieniem dla fotowoltaiki. Naukowcy ze Śląska pracują nad uruchomieniem projektów pilotażowych

Małe turbiny wiatrowe o pionowej osi obrotu mają szansę w większej skali zagościć w polskich gospodarstwach domowych. Naukowcy z Politechniki Śląskiej pracują bowiem nad rozwiązaniem, które będzie pracować w zurbanizowanym otoczeniu, będzie obracać się cicho już przy bardzo niskich prędkościach wiatru, co daje mu przewagę nad dostępnymi już turbinami. Pomysłodawcy Silesian Wind Generator podkreślają, że przydomowe turbiny wiatrowe mogą być dobrym uzupełnieniem instalacji fotowoltaicznych i wspólnie zapewniać podaż energii praktycznie przez cały rok. W kolejnym etapie rozwoju SWG chce oferować to rozwiązanie także obiektom wielkopowierzchniowym. 

– Turbiny wiatrowe z pionową osią obrotu mają postać mikro- lub małych turbin wiatrowych, które mają szereg zalet wyróżniających je na tle konkurencji, która jest jednak zdominowana poprzez konstrukcje z osią poziomą. Jedną z takich zalet jest cichość konstrukcji, która obraca się znacznie wolniej niż tradycyjne tego typu rozwiązania, co jednocześnie poprawia ich bezpieczeństwo – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Krysiński z zespołu Silesian Wind Generator złożonego z naukowców Politechniki Śląskiej. – Będziemy mogli produkować turbiny, które będą w stanie zapewnić wysoką podaż energii elektrycznej praktycznie dla każdego odbiorcy końcowego, w ten sposób personalizując podejście do energetyki i rozwiązując problemy dostępności energii.

Aby udało się skomercjalizować rozwiązanie proponowane przez polskich naukowców, potrzebne jest jednak szersze zainteresowanie tematem. Dziś przydomowe instalacje OZE są zdominowane przez fotowoltaikę, ale dołączenie do nich małych turbin wiatrowych może stanowić dobre uzupełnienie, które zapewni równomierną i ciągłą podaż energii. Synergia energii wiatrowej i słonecznej najprawdopodobniej pokryłaby całoroczne zapotrzebowanie na energię elektryczną. Korzyścią z takiego powiązania jest więc większe bezpieczeństwo energetyczne i niezależność od sieci energetycznej danego prosumenta.

Instalacje fotowoltaiczne rozwiązują problem przejścia na czyste źródła energii tylko częściowo, ponieważ produkują energię w wąskim zakresie. Korzystne byłoby uzupełnienie tego miksu energetycznego o turbiny wiatrowe, których konstrukcji de facto nie ma na rynku, a te, które już są, na pewno nie są konstrukcjami dopracowanymi i nie oferują tego typu sprawności, jakich byśmy oczekiwali od nowoczesnych rozwiązań dedykowanych świadomym, nowoczesnym i proekologicznym konsumentom – uważa Tomasz Krysiński. – Nasze rozwiązanie ma ogromną szansę komercjalizacyjną z uwagi na to, że rozwiązuje jedne z bardziej palących problemów nierównomierności podaży energii w sieci oraz wykorzystuje czyste, nieoddziałujące znacznie na środowisko naturalne elementy źródła energii.

Naukowcy z Politechniki Śląskiej zajęli trzecie miejsce w finale Programu Grantowego ING, który adresowany był do start-upów oraz naukowców zajmujących się tematyką nowoczesnych i ekologicznych źródeł energii. Grant o wartości 150 tys. zł pozwoli przyspieszyć procesy związane z komercjalizacją i rozpocząć rozmowy z potencjalnymi inwestorami.

W najbliższym czasie będziemy w stanie uruchomić serię projektów pilotażowych, które na tym etapie są niezbędne. Chcielibyśmy bardzo, żeby produkt był dopracowany i tu wychodzi nasze nastawienie naukowców, żebyśmy mogli podeprzeć wszystkie nasze obietnice realnymi danymi. W tym momencie skupiamy się więc dwutorowo na dopracowaniu konstrukcji pod kątem produkcyjnym oraz na testach środowiskowych, pozwalających nam określić precyzyjnie, ile energii daje to rozwiązanie i w jaki sposób zaprojektować najlepszy możliwy system energetyczny dla indywidualnego konsumenta – wyjaśnia przedstawiciel Silesian Wind Generator.

To rozwiązanie w pierwszej kolejności będzie dedykowane właścicielom domów jednorodzinnych, których jest w Polsce ok. 6 mln. Z tego 1 mln to już są prosumenci posiadający przydomowe mikroinstalacje OZE, głównie fotowoltaiczne. W drugim etapie SWG chce zaoferować to rozwiązanie obiektom wielkopowierzchniowym. W planach rozwoju są długotrwałe terenowe testy wiatrowych konstrukcji, opracowanie aplikacji pozwalającej na zdalny i ciągły monitoring pracy turbin oraz wykorzystanie metod uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji do projektowania przez klientów turbin dostosowanych do ich potrzeb i warunków.

Według Verified Market Research wielkość rynku turbin wiatrowych o pionowej osi obrotu wyniesie w 2022 roku niespełna 13 mld dol. Do 2030 roku przychody wzrosną do niemal 17 mld dol.

Przydomowe mikroinstalacje wiatrowe mogą być dobrym uzupełnieniem dla fotowoltaiki. Naukowcy ze Śląska pracują nad uruchomieniem projektów pilotażowych

Małe turbiny wiatrowe o pionowej osi obrotu mają szansę w większej skali zagościć w polskich gospodarstwach domowych. Naukowcy z Politechniki Śląskiej pracują bowiem nad rozwiązaniem, które będzie pracować w zurbanizowanym otoczeniu, będzie obracać się cicho już przy bardzo niskich prędkościach wiatru, co daje mu przewagę nad dostępnymi już turbinami. Pomysłodawcy Silesian Wind Generator podkreślają, że przydomowe turbiny wiatrowe mogą być dobrym uzupełnieniem instalacji fotowoltaicznych i wspólnie zapewniać podaż energii praktycznie przez cały rok. W kolejnym etapie rozwoju SWG chce oferować to rozwiązanie także obiektom wielkopowierzchniowym. 

– Turbiny wiatrowe z pionową osią obrotu mają postać mikro- lub małych turbin wiatrowych, które mają szereg zalet wyróżniających je na tle konkurencji, która jest jednak zdominowana poprzez konstrukcje z osią poziomą. Jedną z takich zalet jest cichość konstrukcji, która obraca się znacznie wolniej niż tradycyjne tego typu rozwiązania, co jednocześnie poprawia ich bezpieczeństwo – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Krysiński z zespołu Silesian Wind Generator złożonego z naukowców Politechniki Śląskiej. – Będziemy mogli produkować turbiny, które będą w stanie zapewnić wysoką podaż energii elektrycznej praktycznie dla każdego odbiorcy końcowego, w ten sposób personalizując podejście do energetyki i rozwiązując problemy dostępności energii.

Aby udało się skomercjalizować rozwiązanie proponowane przez polskich naukowców, potrzebne jest jednak szersze zainteresowanie tematem. Dziś przydomowe instalacje OZE są zdominowane przez fotowoltaikę, ale dołączenie do nich małych turbin wiatrowych może stanowić dobre uzupełnienie, które zapewni równomierną i ciągłą podaż energii. Synergia energii wiatrowej i słonecznej najprawdopodobniej pokryłaby całoroczne zapotrzebowanie na energię elektryczną. Korzyścią z takiego powiązania jest więc większe bezpieczeństwo energetyczne i niezależność od sieci energetycznej danego prosumenta.

Instalacje fotowoltaiczne rozwiązują problem przejścia na czyste źródła energii tylko częściowo, ponieważ produkują energię w wąskim zakresie. Korzystne byłoby uzupełnienie tego miksu energetycznego o turbiny wiatrowe, których konstrukcji de facto nie ma na rynku, a te, które już są, na pewno nie są konstrukcjami dopracowanymi i nie oferują tego typu sprawności, jakich byśmy oczekiwali od nowoczesnych rozwiązań dedykowanych świadomym, nowoczesnym i proekologicznym konsumentom – uważa Tomasz Krysiński. – Nasze rozwiązanie ma ogromną szansę komercjalizacyjną z uwagi na to, że rozwiązuje jedne z bardziej palących problemów nierównomierności podaży energii w sieci oraz wykorzystuje czyste, nieoddziałujące znacznie na środowisko naturalne elementy źródła energii.

Naukowcy z Politechniki Śląskiej zajęli trzecie miejsce w finale Programu Grantowego ING, który adresowany był do start-upów oraz naukowców zajmujących się tematyką nowoczesnych i ekologicznych źródeł energii. Grant o wartości 150 tys. zł pozwoli przyspieszyć procesy związane z komercjalizacją i rozpocząć rozmowy z potencjalnymi inwestorami.

W najbliższym czasie będziemy w stanie uruchomić serię projektów pilotażowych, które na tym etapie są niezbędne. Chcielibyśmy bardzo, żeby produkt był dopracowany i tu wychodzi nasze nastawienie naukowców, żebyśmy mogli podeprzeć wszystkie nasze obietnice realnymi danymi. W tym momencie skupiamy się więc dwutorowo na dopracowaniu konstrukcji pod kątem produkcyjnym oraz na testach środowiskowych, pozwalających nam określić precyzyjnie, ile energii daje to rozwiązanie i w jaki sposób zaprojektować najlepszy możliwy system energetyczny dla indywidualnego konsumenta – wyjaśnia przedstawiciel Silesian Wind Generator.

To rozwiązanie w pierwszej kolejności będzie dedykowane właścicielom domów jednorodzinnych, których jest w Polsce ok. 6 mln. Z tego 1 mln to już są prosumenci posiadający przydomowe mikroinstalacje OZE, głównie fotowoltaiczne. W drugim etapie SWG chce zaoferować to rozwiązanie obiektom wielkopowierzchniowym. W planach rozwoju są długotrwałe terenowe testy wiatrowych konstrukcji, opracowanie aplikacji pozwalającej na zdalny i ciągły monitoring pracy turbin oraz wykorzystanie metod uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji do projektowania przez klientów turbin dostosowanych do ich potrzeb i warunków.

Według Verified Market Research wielkość rynku turbin wiatrowych o pionowej osi obrotu wyniesie w 2022 roku niespełna 13 mld dol. Do 2030 roku przychody wzrosną do niemal 17 mld dol.

Wiceprezes PGNiG: Paliwa alternatywne będą zyskiwać na znaczeniu. Biometan i wodór będą w przyszłości uzupełniać paliwa tradycyjne

Polska polityka energetyczna zakłada, że wykorzystanie biogazu, biometanu, gazów syntezowych czy wodoru ma w przyszłości pokryć istotną część krajowego popytu na paliwa gazowe, przyspieszając zieloną transformację. – Dzisiaj musimy myśleć przede wszystkim o bezpieczeństwie energetycznym, ale paliwa przyszłości z całą pewnością będą uzupełniać te tradycyjne – mówi wiceprezes PGNiG Arkadiusz Sekściński. Jak wskazuje, spółka chce brać udział w tworzeniu polskiego rynku paliw alternatywnych, dlatego już w tej chwili rozwija liczne projekty badawczo-rozwojowe związane m.in. z wodorem. Wśród nich jest projekt magazynowania wodoru – uzyskiwanego z procesu produkcji energii przez morskie farmy wiatrowe – w kawernach solnych.

– Obecnie w energetyce ma miejsce swoista rewolucja, choć ja wolę nazywać ją ewolucją, ponieważ ta transformacja polskiej gospodarki w kierunku niskoemisyjnym odbywa się w sposób kontrolowany. Skarb Państwa – poprzez spółki z obszaru elektroenergetyki i gazownictwa – świadomie zachęca do tego, żebyśmy tworzyli nowe rozwiązania i myśleli o paliwach przyszłości – mówi agencji Newseria Biznes Arkadiusz Sekściński. – Transformacja polega jednak na tym, żeby ewoluować od tych paliw tradycyjnych w kierunku nowych, ale nie tyle je zastępować, co uzupełniać.

Stopniowe ograniczanie roli węgla w krajowym miksie energetycznym na rzecz OZE, rozbudowa mocy zainstalowanych w offshore i wdrożenie energetyki jądrowej, wzrost efektywności energetycznej oraz dywersyfikacja kierunków dostaw węglowodorów – to kluczowe założenia przyjętej na początku ub.r. „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”, która wyznacza kierunek transformacji. Dokument – zaktualizowany w tym roku w związku z wybuchem wojny w Ukrainie i rosyjską polityką szantażu surowcowego – podkreśla też ważną rolę paliw alternatywnych i inwestycji w technologie wodorowe w dążeniu do niskoemisyjnej gospodarki i bezpieczeństwa energetycznego.

 Dzisiaj musimy myśleć przede wszystkim o bezpieczeństwie energetycznym. Podobnie jak każdy z nas – jako odbiorca – myśli o tym, żeby mieć w domu ciepło i energię elektryczną, nie zawsze i nie do końca zastanawiając się, z jakiego paliwa one są produkowane – mówi wiceprezes ds. rozwoju w PGNiG. – Jednak paliwa przyszłości – takie jak biometan i wodór – z całą pewnością będą uzupełniać paliwa tradycyjne, jakimi są metan, gaz czy węgiel, choć trudno powiedzieć, czy to nastąpi w perspektywie jednej, dwóch czy trzech dekad. Dzisiaj są one poddawane badaniom, weryfikacji ich zastosowania. Natomiast gdy osiągną dojrzałość, która pozwoli chociażby na łatwiejsze finansowanie ich przez banki, wtedy będą mogły stopniowo, w pewnym zakresie zastępować paliwa tradycyjne.

Wiceprezes PGNIG wskazuje, że spółka chce brać udział w tworzeniu polskiego rynku paliw alternatywnych, dlatego m.in. wodór zajmuje już ważne miejsce w jej strategii.

– Stawiamy na wodór, przede wszystkim jako nośnik energii. Powołaliśmy w naszej grupie kapitałowej specjalny program i dziś realizujemy już dziewięć projektów – mówi Arkadiusz Sekściński. – To jest cały łańcuch projektów, od produkcji zielonego wodoru, bo produkujemy taki wodór w naszym oddziale Odolanowie, przez koncepcję dystrybucji tego wodoru choćby w ramach sieci gazowniczych, jego magazynowania w kawernach solnych, co chcemy w przyszłości realizować, po finalny element łańcucha, jakim jest wykorzystanie wodoru.

W ramach Programu Wodorowego PGNiG realizowany jest m.in. projekt InGrid – Power to Gas, który obejmuje badania dotyczące produkcji wodoru z OZE i możliwości przesyłu tego paliwa z wykorzystaniem sieci dystrybucyjnych gazu ziemnego. Wspólnie z Politechniką Śląską spółka pracuje nad innowacyjnym czujnikiem do wykrywania wodoru w mieszaninach gazów w ramach projektu Hydrosens.

Ze względu na dotychczasowy brak opłacalności wykorzystania wodoru na cele energetyczne technologia ta wciąż jest na stosunkowo niskim poziomie rozwoju. Jednak z uwagi na właściwości fizyczne wodoru (jest lekki, reaktywny, można go magazynować, ma wysoką zawartość energii na jednostkę masy), ekologiczny charakter (produktem jego spalania jest jedynie para wodna) i możliwości produkcyjne przedsiębiorstw w Polsce (obecnie wytwarzają ok. 1 mln t wodoru rocznie, głównie Grupa Azoty) kwestia ta cieszy się rosnącym zainteresowaniem. Według PEP 2040 przy odpowiednim rozwoju technologicznym do 2030 roku będzie możliwe wykorzystanie 2–4 GW mocy z instalacji OZE do produkcji zielonego wodoru.

Ważnym i dużym projektem jest magazynowanie wodoru w kawernach solnych. Dzisiaj, mówiąc o bezpieczeństwie energetycznym w Polsce, wskazujemy, że mamy magazyny w 100 proc. wypełnione gazem. W przyszłości chcemy, aby część naszych magazynów kawernowych była zapełniona właśnie wodorem, a nie gazem – mówi ekspert. – Co istotne, projekty dotyczące wodoru i jego magazynowania muszą przebiegać w linii zgodnej z harmonogramem budowy morskich farm wiatrowych na Bałtyku. Wodór, który ma być magazynowany w tych kawernach, będzie bowiem pochodził z procesu elektrolizy, czyli przetwarzania energii elektrycznej produkowanej przez morskie farmy wiatrowe. Z pewnością jest to możliwe już na początku przyszłej dekady.

Kolejnym paliwem, które zajmuje ważne miejsce w strategii PGNiG, jest biometan.

– Mamy ogromny potencjał w Polsce do tego, żeby pozyskiwać to zielone paliwo gazowe z biodegradowalnych odpadów rolnych i spożywczych – mówi wiceprezes PGNiG.

W Polsce potencjał samego sektora rolno-spożywczego w zakresie produkcji biogazu rolniczego szacuje się na 7–8 mld m3 rocznie („Krajowy plan na rzecz energii i klimatu na lata 2021–2030”). Polska ma więc potencjał i warunki, aby stać się potentatem w tym segmencie.

– Na takie paliwa stawiamy, takie instalacje tworzymy w ramach projektów badawczo-rozwojowych. Dla przykładu w Poznaniu mamy już instalację, która wytwarza biometan z odpadów spożywczych – mówi Arkadiusz Sekściński.

Prototyp innowacyjnej instalacji, która ma produkować sprężony biogaz, to efekt współpracy PGNiG i naukowców z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu (UPP), którzy opracowali metodę zagospodarowania biodegradowalnej frakcji odpadów komunalnych. Działanie prototypu opiera się na technologii fermentacji beztlenowej i produkcji gazu fermentacyjnego. Jego wskaźniki jakości umożliwią dostosowanie produktu do standardów technicznych biometanu. Po sprężeniu może on się stać odnawialną alternatywą dla CNG, czyli sprężonego gazu ziemnego.

Polska ma jeden z najniższych w UE wskaźników kompetencji cyfrowych. Orange uruchamia w Polsce nowy projekt edukacyjny w tym obszarze

43 proc. Polaków w wieku 16–74 lata ma niski poziom podstawowych umiejętności cyfrowych – wynika z danych Eurostatu. To jeden z najniższych wyników w Unii Europejskiej. Tymczasem wymogi związane z takimi umiejętnościami zawiera już co trzecia oferta pracy. Fundacja Orange uruchamia w Polsce projekt, który ma zwiększać szanse ludzi w życiu zawodowym, ale i społecznym – właśnie przez kształcenie nowoczesnych kompetencji. Orange Digital Center to 18. tego typu centrum na świecie.

Orange Digital Center to inicjatywa  o międzynarodowym zasięgu, w Polsce koordynowana przez Fundację Orange. Ma wspierać ludzi w rozwoju kompetencji przyszłości. Z powodzeniem działa już w kilkunastu innych krajach świata.

– Inicjatywa zakłada utworzenie centrów w każdym kraju, w którym jest obecna Grupa Orange. Aktualnie jest ich 17 i właśnie startujemy z 18. w Polsce. To kolejne ogniwo, które łączy się z pozostałymi centrami – mówi agencji Newseria Biznes Françoise Cosson, dyrektor generalna Fundacji Orange we Francji. 

– Otwarcie Orange Digital Center pokazuje, że kluczowym aspektem naszej strategii i jednym z jej filarów jest odpowiedzialność. Orange Digital Center pozwoli wielu ludziom uzyskać dostęp do wiedzy na temat tego, jak lepiej i bezpieczniej korzystać z narzędzi cyfrowych. Mam nadzieję, że nowe centrum pomoże tym osobom i zapewni im nowe miejsce, gdzie będą mogli uzyskać darmową edukację – dodaje Julien Ducarroz, prezes Orange Polska.

Siedzibą polskiego Orange Digital Center jest warszawskie Centrum Kreatywności Targowa. Jednak ODC będzie działać również w innych lokalizacjach na terenie kraju i online’owo.

– Start Orange Digital Center jest zwieńczeniem wielu innych projektów już  realizowanych przez Grupę Orange. Korzystamy ze wszystkich wcześniejszych doświadczeń i jestem pewny, że dzięki tej wiedzy nowe centrum odniesie w Polsce duży sukces – mówi Julien Ducarroz.

ODC połączy dotychczasowe programy edukacji pozaformalnej realizowane w Polsce przez Fundację Orange i da im nowe możliwości rozwoju. To m.in. FabLab powered by Orange, czyli pracownie nowoczesnego rzemiosła, wyposażone m.in. w drukarki 3D, plotery laserowe, frezarki CNC, elektronikę i maszyny do szycia – oraz Pracownie Orange. Te drugie to multimedialne świetlice w małych miastach i na wsiach, które ułatwiają rozwijanie nowych kompetencji – nie tylko cyfrowych, ale i społecznych. Obecnie w całej Polsce działa już 79 takich pracowni przy bibliotekach, domach kultury, szkołach czy wiejskich świetlicach, a każda z nich jest wyposażona w komputery, ekrany LCD, konsole, meble i bezpłatny internet. W 2023 roku w ramach ODC planowane jest otwieranie nowych pracowni w kolejnych miejscowościach.  

Nową inicjatywą w ramach ODC jest Szkoła Kodowania, bezpłatny kurs dla osób w wieku 18–35 lat, które chcą się nauczyć programowania od podstaw. Osoby chętne do poszerzania kompetencji będą mogły w Szkole Kodowania bezpłatnie skorzystać z m.in. profesjonalnych kursów programowania połączonych z doradztwem zawodowym, a także kursów e-learningowych, webinarów technologicznych i spotkań z ekspertami rynku IT.

Programy edukacyjne oferowane w ramach ODC mają wesprzeć zwłaszcza te grupy, które – z różnych powodów – mają utrudniony dostęp do narzędzi i edukacji cyfrowej, przez co są zagrożone wykluczeniem w tym obszarze.

– To duży krok naprzód w kierunku zapobiegania cyfrowemu wykluczeniu – podkreśla Françoise Cosson.

W Polsce to wciąż problem o dość istotnej skali. Z danych Eurostatu wynika, że 43 proc. Polaków w wieku 16–74 lata deklaruje niski poziom podstawowych umiejętności cyfrowych. W całej UE odsetek wynosi ponad 50 proc., a w Holandii i Finlandii, które są liderami zestawienia, jest to prawie 80 proc. Polska wyprzedza zaledwie dwa kraje – Bułgarię i Rumunię (odpowiednio 31 i 28 proc.).

Ponadto – jak wynika z danych przytaczanych przez Fundację Orange – średnio co siódmy Polak w wieku 18–35 lat nie pracuje, nie uczy się i nie zdobywa kwalifikacji zawodowych. Ta grupa jest określana akronimem NEET (ang. not in employment, education or training). Większą jej część stanowią kobiety, głównie ze względu na ich zobowiązania macierzyńskie i opiekuńcze wobec członków rodzin.

– Zwracamy się do młodych ludzi i kobiet, którzy potrzebują tej wiedzy, aby wejść na rynek pracy i zwiększyć swoje szanse w życiu zawodowym – mówi dyrektor generalna Fundacji Orange we Francji. – W Orange Digital Center znajdą najlepszych partnerów, najlepsze szkolenia i będą mogli korzystać z równego dostępu do technologii cyfrowych.

Polski rynek IT atrakcyjny dla zagranicznych firm. Duński inwestor planuje tu dynamiczny wzrost zatrudnienia

Polski rynek jest atrakcyjny dla inwestorów, bo Polacy imponują pracowitością, są nastawieni na cel i lubią pracować nad rozwiązaniami, które przynoszą kluczowe zmiany w działalności przedsiębiorstw i społeczeństw, a jednocześnie są bardzo lojalni – mówi André Rogaczewski, prezes zarządu Netcompany. Działający w Polsce od 17 lat skandynawski lider branży IT planuje intensywny rozwój na tutejszym rynku i chce do tego wykorzystać potencjał kadrowy. Firma właśnie przeprowadziła się do nowego biurowca, zwiększyła zatrudnienie do 540 pracowników i zapowiada w kolejnych latach dalszy dynamiczny proces rekrutacji.  

Duńskie firmy wykazują duże zainteresowanie Polską jako krajem do lokowania swoich inwestycji. Macie bardzo kompetentnych i dobrze wykwalifikowanych pracowników. Z naszego doświadczenia wynika też, że Polacy i Duńczycy bardzo dobrze ze sobą współpracują – mówi agencji Newseria Biznes Ole Toft, ambasador Danii w Polsce. – Uważam, że przyszłość i perspektywy współpracy duńsko-polskiej rysują się w bardzo jasnych barwach. Jest wiele duńskich spółek, które są tutaj od bardzo wielu lat, takich jak Netcompany, które zmieniają się tak naprawdę w spółki duńsko-polskie i mają tutaj swój drugi dom. W nadchodzących latach powinniśmy być też świadkami wzmacniania się tych połączeń i więzów handlowych oraz jeszcze większych niż dotychczas inwestycji duńskich spółek w Polsce.

Jak wskazuje, jedną z branż, która jest szczególnie perspektywiczna dla rozwoju współpracy, jest IT, obok energetyki oraz rolnictwa.

Polski rynek konsultingu IT jest kluczowy nie tylko dla krajowych firm, ale też dla pozostałej części Europy. To duże źródło wykwalifikowanych kadr. Polska ma mnóstwo znakomitych pracowników i wiele powstających nowych firm, a sam kraj rozwija się w zawrotnym tempie – mówi André Rogaczewski, prezes zarządu Netcompany.

Wartość polskiego rynku IT w 2020 roku firma analityczna PMR oszacowała na 49,2 mld zł. Według prognoz w 2026 roku ma ona sięgnąć już 65 mld zł, przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 4,8 proc. Tegoroczny raport Emerging Europe („Future of IT 2022”) pokazuje też, że Polska jest jednym z liderów na rynku IT w Europie Środkowo-Wschodniej, szczególnie pod kątem potencjału kadrowego. W całym sektorze teleinformatycznym zatrudnionych jest prawie 445,8 tys. pracowników (2,7 proc. ogólnej puli zatrudnienia). Szacuje się jednak, że na rynku wciąż brakuje ich ok. 50 tys.

Sytuacja na rynku IT jest bardzo dynamiczna, pracownicy w tej branży są prawdopodobnie jednymi z najbardziej poszukiwanych na świecie – mówi Krzysztof Pierański, prezes zarządu Netcompany Poland. – Cała gospodarka opiera się obecnie na digitalizacji, a technologia pozwala rozwiązać większość problemów. Dlatego programiści, administratorzy są jednymi z najbardziej poszukiwanych pracowników.

Jak wskazuje, w tej chwili na rynku potrzebni są zwłaszcza specjaliści z obszaru technologii takich jak sztuczna inteligencja, uczenie maszynowe i data science. Jednak równie ważne jak twarde umiejętności są też miękkie kompetencje.

Szukamy osób wszechstronnych. Nie szukamy osób, które są stricte techniczne, bo nasi pracownicy pracują ręka w rękę z klientami, starają się zrozumieć ich potrzeby, zaprojektować i zbudować dla nich właściwe rozwiązania, a potem pomóc je wdrożyć. Dlatego poszukujemy pracowników, którzy – oprócz programowania i ponadprzeciętnych umiejętności technicznych – są też komunikatywni i dobrze zorganizowani – wymienia Krzysztof Pierański.

Netcompany to skandynawska firma, która jest liderem na rynku IT w Europie Północno-Zachodniej. Jej projekty digitalizują połowę Skandynawii. Posiada biura w Wielkiej Brytanii, Danii, Holandii, Norwegii, Wietnamie, a od 2005 roku także w Polsce, gdzie stale się rozwija i inwestuje w potencjał pracowników IT. W warszawskim biurze zatrudnia ponad 540 pracowników. W ubiegłym roku firma zarejestrowała wzrost zatrudnienia na poziomie 35 proc., a w najbliższych latach zamierza ten wynik podwoić.

Jak podkreśla André Rogaczewski, potencjał polskiego rynku IT i wykwalifikowanych specjalistów, których można tu znaleźć, jest ogromny. Dlatego Netcompany zamierza nadal intensywnie się tu rozwijać.

– Zatrudniamy obecnie w Warszawie 540 osób, rośniemy dynamicznie 20 proc. rok do roku od wielu lat. W tym roku urośliśmy o ponad 120 osób i myślę, że ten trend 20-proc. wzrostu utrzyma się również w kolejnych latach – mówi Krzysztof Pierański.

W związku z tym, że firma sukcesywnie powiększa zespół, właśnie przeprowadziła się do nowego budynku w zagłębiu biurowym na warszawskim Mokotowie. W biurowcu P180 przy ul. Puławskiej Netcompany zajmie dwa piętra i stanie się kluczowym najemcą.

W Polsce rusza program rekultywacji hałd kopalnianych. Jest w nich ukrytych nawet do 150 mln t węgla

Na przełomie 2022 i 2023 roku w LW Bogdanka powstanie pierwsza pilotażowa instalacja do odzysku węgla z hałd kopalnianych. To początek programu rekultywacji pogórniczych terenów, który ma umożliwić pozyskanie rocznie ok. 2 mln t pełnowartościowego węgla. Surowiec będzie mógł być wykorzystywany potem w energetyce zawodowej i ciepłownictwie. Program ma także uwolnić grunty, które Enea, właściciel lubelskiej kopalni, chce przeznaczyć pod inwestycje w OZE. Z hałd można odzyskać nie tylko węgiel, lecz także inne surowce do wykorzystania m.in. w budownictwie. – Projekt ma ogromny potencjał środowiskowy, ekonomiczny i surowcowy. W ten sposób chcemy realizować ideę budowy gospodarki obiegu zamkniętego – dodaje Paweł Majewski, prezes Grupy Enea, do której należy kopalnia. Inicjatywa została zarekomendowana przez zespół ekspertów gospodarczych ministra aktywów państwowych, wicepremiera Jacka Sasina. 

– W Polsce jest blisko 150 hałd kopalnianych. Szacujemy, że w każdej z nich znajduje się od 8 do nawet 15 proc. węgla, który można odzyskać. Zakładając, że na każdej z hałd jest co najmniej 10 mln t skały, zwałowiska z tego, co wydobywano przez lata z kopalni jako odpad, a w każdej średnio około 10 proc. węgla do odzyskania, to mówimy o ilości nawet 150 mln t węgla do odzyskania w skali kraju. Tak że potencjał rozwojowy takiego projektu jest duży, w mojej ocenie to po prostu trzeba zrobić – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Majewski.

Program Rewitalizacji i Eksploatacji Hałd Kopalnianych, który uruchomiła właśnie Grupa Enea, docelowo ma pozwolić uzyskiwać z należących do niej hałd nawet 2 mln t węgla rocznie. Grupa zainicjowała go podpisanym właśnie porozumieniem o współpracy pomiędzy należącą do niej spółką Lubelski Węgiel Bogdanka i Grupą CZH, polską firmą związaną z górnictwem, której większościowym akcjonariuszem jest Agencja Rozwoju Przemysłu.

Umowa podpisana między Grupą CZH i Lubelskim Węglem Bogdanka to dopiero początek, pilotaż projektu rewitalizacji i odzyskania węgla z hałd pogórniczych. Ta współpraca w ciągu kilku miesięcy zaowocuje ustawieniem pierwszej instalacji do odzysku węgla. Grupa CZH wnosi tu swoje know-how i kompetencje techniczne, wiedzę, jak taka instalacja powinna być zbudowana i jak powinna funkcjonować, a Bogdanka jest oczywiście właścicielem hałdy – mówi Paweł Majewski.

Pierwsza pilotażowa instalacja rozpocznie pracę w LW Bogdanka na przełomie 2022 i 2023 roku. Nie będzie kolidowała ze standardowym funkcjonowaniem składowiska i działaniem kopalni.

Ta hałda jest najtrudniejsza pod względem technologicznym, bo ona jest stroma, są osuwiska i glina. Inne są już o wiele łatwiejsze. Ale jeśli wykażemy się tutaj, to będzie potwierdzeniem, że naprawdę wiemy, co robimy – dodaje Marek Koźbiał, prezes zarządu Grupy CZH.

CZH od wielu lat rozwija kompetencje związane z zagospodarowaniem składowisk odpadów pogórniczych i dysponuje technologią modułowych instalacji, które służą do odzyskiwania z nich węgla, kruszyw i innych surowców.

– Węgiel odzyskany z takiej hałdy pogórniczej to jest zwykły, porządny węgiel, jak z normalnej, bieżącej produkcji w kopalni, on się niczym nie różni. To jest najczęściej węgiel w klasie miał, zalecany do stosowania w energetyce zawodowej i ciepłownictwie. Z racji tego, że jest drobny, raczej nie zaleca się stosowania go w indywidualnych urządzeniach grzewczych. Ale to jest wciąż pełnowartościowy węgiel, nie żaden odpad – wyjaśnia dr inż. Aleksander Sobolewski, dyrektor Instytutu Technologii Paliw i Energii w Zabrzu.

– Po pierwsze, pozbywając się węgla z tych hałd pogórniczych, sprawiamy, że to, co zostaje, jest już mniej szkodliwe dla środowiska. Po drugie, jeżeli to węgiel energetyczny, to istnieje duże ryzyko, że on prędzej czy później ulegnie samozapłonowi. Mamy już takie przypadki, gdzie olbrzymie pieniądze poszły w rekultywację, wyrosły drzewa, po korzeniach tych drzew dostało się powietrze, a więc tlen, i pod spodem nastąpił samozapłon. Bardzo trudno jest ugasić taką płonącą hałdę. Nie wspominając już o szkodach ekologicznych – mówi Marek Koźbiał.

Technologie pozwalające na odzysk węgla ze zwałowisk są znane i powszechnie stosowane. Opierają się na procesach wykorzystywanych w zakładach przeróbki mechanicznej węgla kamiennego. Instalacja, którą dysponuje CZH, zapewnia pełną linię technologiczną (od klasyfikacji, przez wzbogacanie, po odwadnianie) i może być skalowana, czyli rozbudowywana o kolejne moduły w zależności od potrzeb. Im większa, tym szybsze tempo zagospodarowania hałdy.

– Wyzwaniem będzie teraz przede wszystkim w miarę szybkie uruchomienie większej liczby takich instalacji do odzysku węgla – dodaje Paweł Majewski. – W portfelu Ministerstwa Aktywów Państwowych jest kilka spółek, które się zajmują zagospodarowaniem hałd pogórniczych i które należałoby wyposażyć w odpowiedni kapitał, żeby skala tego odzysku osiągnęła większy wymiar.

 Rekultywacja hałd kopalnianych, które były symbolem transformacji energetycznej XIX i początku XX wieku, w Europie Zachodniej została przeprowadzona na masową skalę. Niemcy, Belgowie i Francuzi mają to za sobą. U nas nigdy nie było na to pieniędzy, zawsze sypało się tę hałdę obok kopalni i mówiło: „kiedyś się nią zajmiemy”. To „kiedyś” trwa już 150 lat. Najwyższy czas, żeby w dobie gospodarki w obiegu zamkniętym wrócić do tych materiałów odpadowych, które można przywrócić społeczeństwu – mówi dyrektor Instytutu Technologii Paliw i Energii w Zabrzu.

Co istotne, węgiel nie jest jedynym surowcem, który można odzyskać z hałd kopalnianych. Przykładowo w Bogdance pozyskane zostaną też materiały mineralne, które później znajdą zastosowanie m.in. w budownictwie.

– To kruszywo do produkcji cementu – wskazuje dr inż. Aleksander Sobolewski. – Większość takich materiałów mineralnych trzeba wydobywać np. w kopalni piasku czy żwiru. Tutaj ten materiał możemy mieć niejako za darmo, a przy okazji rozwiązujemy drugi problem, czyli rozbieramy hałdę.

Grupa CZH bada też możliwości odzyskiwania z odpadów pogórniczych innych surowców, z których część ma krytyczne znaczenie dla gospodarki. Te badania prowadzi wspólnie ze środowiskiem naukowym, w tym m.in. Instytutem Technologii Paliw i Energii oraz krakowskim Uniwersytetem Rolniczym.

– Mamy pobrane próbki i zaczynamy pracować m.in. nad kaolinitem. To jest bardzo poszukiwany towar. Ten kaolinit trzeba wyseparować, ale są problemy związane z np. z tlenkiem żelaza i innymi elementami, które w tym przeszkadzają. Ale jeżeli uda się go wyselekcjonować, będziemy mieć surowiec do produkcji ceramiki, płytek, cegieł etc. Jego obecnie w Polsce nie ma, nasze zakłady ceramiczne przywoziły to spod Mariupola, a teraz szukają po całej Europie, gdzie mogą dostać tę glinę do produkcji – mówi Marek Koźbiał. – Jest też bardzo duży potencjał surowcowy pod nawóz naturalny, nawilżacz do gleby. Tutaj wciąż jesteśmy jednak na etapie badań, ale w tym kierunku idziemy.

Poza odzyskiem węgla i surowców rekultywacja hałd kopalnianych ma jeszcze jeden duży plus. W skali kraju stwarza możliwość uwolnienia łącznie ok. 11 tys. ha gruntów, które mogą być wykorzystane w celach stricte inwestycyjnych.

– Te zrekultywowane tereny planujemy wykorzystać przede wszystkim pod instalacje odnawialnych źródeł energii, czyli głównie farmy fotowoltaiczne. Wszędzie tam, gdzie będzie to oczywiście możliwe ze względów technicznych – zapowiada prezes zarządu Grupy Enea.

Ekoinnowacje w centrum zainteresowania korporacji i start-upów. Polska wyrasta na lidera w regionie Europy Środkowo-Wschodniej

Polska staje się „zielonym” hubem technologicznym Europy Środkowo-Wschodniej. Na tutejszym rynku działa prawie połowa start-upów pozytywnego wpływu, których działalność wiąże się z Celami Zrównoważonego Rozwoju ONZ – wynika z danych PFR i Dealroomu. Najlepszych tego typu rozwiązań – w ramach swojego Programu Grantowego – poszukuje ING Bank Śląski, który zapewnia im zastrzyk finansowania, wsparcie eksperckie i pomoc w znalezieniu inwestorów. Pierwsza trójka została już wybrana. – Te rozwiązania mają pozytywny wpływ na środowisko i są naprawdę unikalne na skalę światową – podkreśla Małgorzata Jarczyk-Zuber, odpowiedzialna za obszar ESG i innowacje w ING Banku Śląskim.

– Jest coraz więcej start-upów i młodych naukowców, którzy adresują wyzwania środowiskowe. Oni podchodzą do tego w sposób przedsiębiorczy, szukając w tym również możliwości zarobku. To oznacza, że działam na rzecz planety, ale mogę też się z tego utrzymać i przy okazji robić fantastyczną rzecz dla przyszłych pokoleń – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Jarczyk-Zuber.

Potwierdza to też ubiegłoroczne opracowanie PFR i Dealroomu („Start-upy i ekologia. Jakie zielone rozwiązania tworzą polskie firmy technologiczne?”), z którego wynika, że Polska jest wschodzącym rynkiem ekotech w Europie Środkowo-Wschodniej. Aż 43 proc. start-upów z regionu CEE, które pracują nad rozwiązaniami mającymi redukować efekty zmian klimatu, ma swoją siedzibę właśnie w Polsce.

Co istotne, inwestycje w ekotech są już istotną częścią rynku venture capital. Europejskie start-upy działające w tym sektorze tylko pomiędzy styczniem a sierpniem ub.r. zebrały aż 8,7 mld euro. To sześciokrotnie więcej niż jeszcze w 2016 roku. Eksperci PFR wskazują, że dla większości młodych firm z tej branży miniona dekada była walką o zebranie funduszy potrzebnych na start. To się jednak zmienia w obliczu boomu na zielone inwestycje, a nowa fala finansowania pomoże start-upom przejść z fazy laboratoryjnej na rynek. Taki jest też cel Programu Grantowego zainaugurowanego w tym roku przez ING Bank Śląski.

– Wyzwaniem pierwszej edycji Programu Grantowego ING było, jak zapewnić czystą i dostępną energię. Poszukiwaliśmy rozwiązań zwiększających efektywność energetyczną i wykorzystanie odnawialnych źródeł energii oraz pozwalających skutecznie radzić sobie z zanieczyszczeniem powietrza. Wpłynęło do nas prawie 200 takich rozwiązań bardzo dobrej jakości. Finalnie wyłoniliśmy 10 finalistów i troje zwycięzców – mówi chief ESG innovation officer w ING Banku Śląskim.

Zwycięzca – start-up DAC – otrzymał zastrzyk finansowania w wysokości 400 tys. zł, który przeznaczy na rozwój i komercjalizację swojego rozwiązania.

Dynamic Air Cooling zaproponował urządzenie, które chłodzi w sposób bardzo efektywny. W niecałe 30 sekund jest w stanie obniżyć temperaturę o 90 stopni, zużywając przy tym o minimum 30 proc. mniej energii i pozostawiając 50 proc. mniej śladu węglowego – mówi Małgorzata Jarczyk-Zuber.

– Chłodzenie jest potrzebne niemal we wszystkich procesach technologicznych: w produkcji plastiku, leków, żywności etc. – mówi Pavel Panasjuk, prezes zarządu Dynamic Air Cooling. – Większość urządzeń, które stosujemy w tej chwili, opiera się na freonach i technologii parokompresji, czyli sprężania i rozprężania pary. Ta technologia jest dość skuteczna, ale wykorzystuje właśnie freony, które są gazami cieplarnianymi. Dlatego trzeba się zastanowić nad alternatywnym rozwiązaniem.

Rozwiązanie DAC nie potrzebuje freonów i zużywa o 30–50 proc. mniej energii elektrycznej. Jest więc ekologiczne i bardziej wydajne.

– Łączymy deeptech, cleantech i hardware. Z punktu widzenia inwestora to najgorsza możliwa kombinacja, bo ma sporo ryzyk i długi czas realizacji, więc trudno pozyskać finansowanie. Natomiast to, że udało się nam uzyskać dodatkowe środki, które już zainwestowaliśmy w rozwój projektu, to dla nas ogromne wsparcie – podkreśla Pavel Panasjuk. – Mamy już kilku zainteresowanych klientów i partnerów, z którymi rozmawiamy nie tylko na temat wdrożenia, ale też skalowania i możliwej produkcji tego urządzenia. Mamy plan badawczo-rozwojowy obliczony na 24 miesiące i za dwa lata nasza technologia powinna już się pojawić na rynku.

Drugie miejsce i nagroda w wysokości 300 tys. zł przypadły rozwiązaniu zgłoszonemu przez Panel Wiatrowy za system pionowych turbin wiatrowych, które produkują zieloną energię, ale mogą też pełnić funkcję ogrodzenia.

Wreszcie trzeci nasz zwycięzca to naukowcy z Politechniki Śląskiej, którzy wynaleźli urządzenie nazwane SWG (Silesian Wind Generator). To turbina wiatrowa z pionową osią obrotu, która może zostać zainstalowana w każdym gospodarstwie domowym – mówi Małgorzata Jarczyk-Zuber.

Zdobywcy trzeciego miejsca na realizację swojego pomysłu dostali grant w wysokości 150 tys. zł. Dodatkowo kapituła przyznała też wyróżnienie o wartości 150 tys. zł dla spółki Luminos Zielona Energia za panele fotowoltaiczne z sześciennych brył, które zwiększają efektywność produkcji energii z promieni słonecznych. Tym samym łączna pula nagród w pierwszej edycji programu grantowego ING Banku Śląskiego wyniosła 1 mln zł.

Zwycięskie start-upy, oprócz nagrody finansowej, otrzymały wsparcie eksperckie w rozwoju swojego pomysłu, mentoring oraz szeroką promocję medialną i szansę nawiązania relacji z potencjalnymi inwestorami.

– Właśnie wystartowała druga edycja programu, w której szukamy rozwiązań z obszaru zrównoważanej produkcji i konsumpcji pozwalających np. obniżyć ilość generowanych odpadów, zapewnić bardziej zrównoważone łańcuchy dostaw czy zmniejszyć skalę marnowania żywności – mówi chief ESG innovation officer w ING Banku Śląskim. – Każdy Polak generuje rocznie ok. 385 kg odpadów. Każdego roku w Polsce marnujemy  w sumie ok. 5 mln ton żywności. Żeby lepiej to sobie wyobrazić, oznacza to, że w każdej sekundzie w koszu na śmieci lądują średnio 184 bochenki chleba. To pokazuje, że zrównoważone produkcja i konsumpcja stanowi naprawdę duże wyzwanie.

Start-upy i naukowcy mogą nadsyłać swoje zgłoszenia do drugiej edycji Programu Grantowego ING do 15 października br. za pośrednictwem formularza online, dostępnego na stronie www.ing.pl/programgrantowy. Na wsparcie najlepszych pomysłów wspierających zrównoważoną konsumpcję i produkcję bank ponownie przeznaczy w sumie 1 mln zł. Ogłoszenie finalistów nastąpi 31 października br., a zwycięzcy zostaną wyłonieni podczas wielkiego finału 1 grudnia br. 

Zgodnie z opublikowaną w połowie ubiegłego roku Deklaracją Ekologiczną bank zamierza przeznaczyć w sumie 5,3 mld zł na sfinansowanie odnawialnych źródeł energii i projektów proekologicznych.

Polska na ostatnich miejscach w rankingu cyfryzacji wśród państw UE. Przyspieszenie rozwoju 5G pozwoliłoby na nadrobienie cyfryzacyjnych braków

Zgodnie z raportem Komisji Europejskiej DESI 2022 pod względem cyfryzacji Polska zajmuje 24. miejsce wśród 27 państw UE. Chociaż dane z ostatnich pięciu lat wskazują na szybkie nadrabianie zaległości, to w niektórych obszarach wciąż mamy wiele do zrobienia. Jednym z nich są niedostateczne inwestycje w nowe technologie i zbyt powolny rozwój infrastruktury cyfrowej, do czego przyczynia się opóźnienie aukcji na częstotliwości potrzebne do rozwoju sieci 5G w całym kraju – wskazuje raport Fundacji Digital Poland. Przyspieszenie cyfryzacji to nie tylko nieograniczone możliwości dla biznesu, lecz także dla ochrony środowiska. Jak podkreśla członek rady fundacji Andreas Maierhofer, trudno myśleć o cyfryzacji inaczej niż o zielonym procesie. 

– Na postępy w cyfryzacji w Polsce należy spojrzeć z różnych stron. W niektórych obszarach idziemy w dobrym kierunku, szczególnie jeśli chodzi o cyberbezpieczeństwo, którego rozwój przyspieszył kryzys w Ukrainie. Niestety są też takie obszary, w których zostajemy w tyle – mówi agencji Newseria Biznes Andreas Maierhofer, prezes T-Mobile Polska, członek Rady Fundacji Digital Poland biorący udział w debacie „Stan cyfryzacji w Polsce. Czas na działania” podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu.

Potwierdza to zaprezentowany podczas panelu raport Fundacji Digital Poland i Microsoftu „Stan cyfryzacji Polski na tle regionu”. Całkowity poziom rozwoju cyfrowego Polski oceniono w nim na 98 punktów, co oznacza, że jest nieco niższy niż średnia dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej (100 punktów), ale wyniki w poszczególnych obszarach (zbadano ich 55) znacząco się od siebie różnią. Przykładowo dobrze wypadamy pod względem cyfryzacji usług publicznych (14 pkt powyżej średniej) z uwagi na wysoki poziom interakcji społeczeństwa z państwem za pomocą technologii cyfrowych (45 pkt powyżej średniej) oraz wysoki poziom cyfryzacji w sektorze edukacji (18 pkt powyżej średniej). Gorzej niż inne kraje regionu radzimy sobie w obszarze kapitału ludzkiego, np. pod względem udziału kobiet w sektorze technologii czy odsetka absolwentów kierunków informacyjno-komunikacyjnych czy innych kierunków ścisłych. Polska słabo wypada także w zakresie infrastruktury cyfrowej (13 pkt poniżej średniej). Autorzy raportu łączą to m.in. z brakiem aukcji częstotliwości potrzebnych dla rozwoju sieci 5G.

W kwestii 5G zdecydowanie mamy przed sobą dużo pracy. Wciąż nie mamy dostępu do pasma, którego uwolnienie jest niezbędne do rozwoju sieci piątej generacji w całym kraju – podkreśla Andreas Maierhofer. – Najważniejsze jest uzyskanie dostępu do odpowiedniego zakresu częstotliwości. Jako branża mamy nadzieję na jak najszybsze rozpoczęcie aukcji częstotliwości w paśmie C, bez którego trudno będzie nam ruszyć do przodu. Jesteśmy gotowi na wprowadzenie sieci 5G w całym kraju. To najważniejsze, bo trzeba zrozumieć, że pełna cyfryzacja nie będzie możliwa bez łączności opartej na najnowocześniejszej infrastrukturze i technologii.

W kategorii cyfryzacja biznesu raport ocenia Polskę na 99 pkt, czyli 1 poniżej średniej. Krajowe firmy dobrze wypadają pod względem odsetka firm zatrudniających specjalistów z dziedziny technologii informacyjno-komunikacyjnych, ale już w zakresie inwestycji w chmurę obliczeniową jesteśmy o 9 pkt poniżej regionalnej średniej.

– Zastosowanie najnowszych technologii jest absolutnie konieczne, jeśli chcemy zwiększyć stopień cyfryzacji nie tylko w Polsce, ale też w całej Europie. W naszym przypadku, jako T-Mobile Polska, oferujemy najnowsze technologie zarówno jeśli chodzi o internet stacjonarny – poprzez rozwiązania światłowodowe FTTH, jak i sieci komórkowe, czyli 5G oczywiście, w połączeniu z 4G – mówi prezes T-Mobile Polska.

Jak podkreśla, cyfryzacja oznacza nie tylko więcej możliwości dla biznesu, ale także dla ochrony środowiska i oszczędzania zasobów.

– Zielona cyfryzacja to ważny temat dla Polski i nie tylko – właściwie dla całego świata, a szczególnie Europy, bo nie da się jej rozgraniczyć od tematu ogólnie pojętej cyfryzacji. Aby móc skupić się na celach ESG, aby uratować naszą planetę i obniżyć emisje dwutlenku węgla, konieczna jest również cyfryzacja produkcji energii – mówi Andreas Maierhofer.

Przechodzenie na zieloną energię jest jednym z filarów strategii klimatycznej T-Mobile Polska, która zakłada osiągnięcie zerowej emisji własnej netto do 2025 roku, a w całym łańcuchu dostaw do 2040 roku. Już teraz cała energia zużywana przez operatora pochodzi z odnawialnych źródeł, a zgodnie z podpisaną niedawno umową na następne 15 lat spółki z grupy V-Ridium wybudują dwie farmy wiatrowe i trzy fotowoltaiczne, które zapewnią T-Mobile ok. 200 GWh energii elektrycznej rocznie. To więcej, niż wynosi średnioroczne zużycie prądu przez niemal 70 tys. gospodarstw domowych w Polsce.

To wystarczy na zaspokojenie wszystkich potrzeb naszej sieci. To niezwykle ważne, bo energia produkowana będzie przez elektrownie słoneczne i wiatrowe lokalnie w Polsce, co przyczynia się do redukcji emisji CO2 o około 145 tys. t rocznie – podkreśla prezes operatora. – Jest to ogromny krok naprzód i myślę, że taką drogą powinna pójść cała branża. Oczywiście szybkie przejście na zieloną energię nie jest sprawą łatwą, ale im szybciej zaczniemy to robić, tym lepiej przygotujemy się na przyszłość.

About Me

51 POSTY
0 KOMENTARZE
- Advertisement -spot_img

Latest News

Rozładowane akumulatory wciąż najczęstszą przyczyną awarii samochodów. Samodzielna wymiana może być zbyt skomplikowana

Zimą źródłem kłopotów z samochodami są przede wszystkim niesprawne akumulatory. Z danych niemieckiej organizacji ADAC wynika, że to przyczyna 46 proc. awarii. Do rozładowania akumulatora może się przyczyniać m.in. korzystanie z dużej liczby funkcjonalności w aucie tuż po jego uruchomieniu, takich jak nawigacja, radio czy podgrzewanie siedzeń i kierownicy, ale też sporadyczne użytkowanie samochodów lub jeżdżenie tylko na krótkich dystansach. Kierowcy zwykle reagują na problemy z akumulatorem, kiedy już jest za późno i nie można uruchomić silnika. Dlatego tak ważne jest regularne kontrolowanie urządzenia w serwisie. Eksperci zalecają też, by fachowcom zostawić sam proces wymiany akumulatora, bo w nowych autach nie jest to już takie proste.

Kierowcy dostrzegają problem z akumulatorem w momencie, kiedy pojawi się problem z uruchomieniem silnika. Wtedy niestety jest już za późno. Pierwsze objawy związane z niesprawnością akumulatora zauważalne są o wiele wcześniej. W przypadku pojazdów konwencjonalnych jest to przeważnie migająca kontrolka akumulatora na desce rozdzielczej lub przygasające światła mijania w momencie, kiedy następuje uruchomienie silnika. W pojazdach z systemem start/stop ograniczane są funkcje komfortu kierowcy oraz jest to ciągle pracujący silnik. To wszystko oznacza, że akumulator znajduje się w stanie niedoładowanym i wymaga szybkiej interwencji ze strony kierowcy – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Adam Potępa, specjalista ds. akumulatorów w Clarios Poland.

Według statystyk automobilklubu ADAC 46 proc. awarii na drodze jest związanych z niesprawnym akumulatorem. Aby temu zapobiec, należy regularnie sprawdzić stan akumulatora. Eksperci zalecają, by robić to co najmniej raz na trzy miesiące. Żywotność współcześnie produkowanych akumulatorów to średnio od trzech do czterech lat. Jest ona jednak liczona przy założeniu, że bateria będzie eksploatowana w optymalnych warunkach. Często jednak tak się nie dzieje, więc akumulatory mogą się zużywać dużo szybciej.

– W pierwszej kolejności należy zwrócić uwagę na korzystanie z pojazdu na krótkich dystansach. Alternator nie jest w stanie wtedy uzupełnić energii, która została pobrana na rozruch silnika. W okresie zimowym korzystanie z takich odbiorników jak podgrzewanie siedzeń, lusterek i kierownicy powoduje ujemny bilans energetyczny, a tym samym rozładowanie akumulatora. Kolejnym czynnikiem, który zdecydowanie wpływa na jego żywotność, jest sporadyczne korzystanie z pojazdu. Z akumulatora pobierana jest energia na obsługę systemów bezpieczeństwa lub też systemów komfortu. W pojazdach często montowane są inne odbiorniki, jak aktywne wideorejestratory albo systemy GPS. To wszystko rozładowuje akumulator i prowadzi do pierwszych problemów z uruchomieniem silnika – wymienia Adam Potępa.

W efekcie w okresie zimowym często dochodzi do sytuacji, w której w warunkach niskiej temperatury w akumulatorze ograniczają się reakcje chemiczne. Przekłada się to na problemy z rozruchem silnika. Takim sytuacjom można zapobiegać, dbając o kondycję akumulatorów, mimo że teoretycznie są już one bezobsługowe. Wiele czynności diagnostycznych użytkownik auta może przeprowadzić samodzielnie.

– W przypadku pojazdów konwencjonalnych, w których lokalizacja akumulatora jest łatwo dostępna dla kierowcy, należy w pierwszej kolejności zweryfikować napięcie akumulatora. Możemy się posłużyć multimetrem z opcją woltomierza. Przy okazji warto zweryfikować mocowanie i jego stabilność w skrzynce pojazdu oraz jakość połączeń klem z biegunami akumulatora. Przy użyciu ściereczki antystatycznej usuwamy brud, wilgoć i zabrudzenia z obudowy akumulatora, aby uniknąć powstania prądów pełzających, które prowadzą do jego samorozładowania. W przypadku pojazdów zaawansowanych, gdzie lokalizacja akumulatora jest utrudniona, warto posiłkować się usługami serwisu, który wykona diagnostykę akumulatora w sposób rzetelny i fachowy – radzi ekspert.

Producent akumulatorów VARTA co roku prowadzi program bezpłatnego testowania tych urządzeń. W prawie 3 tys. należących do sieci serwisów można umówić się na diagnostykę akumulatora lub skorzystać z niej w ramach rutynowych czynności serwisowych. Lista warsztatów biorących udział w akcji jest dostępna na stronie internetowej producenta.

W ramach takiej procedury przeprowadzany jest test akumulatora, weryfikowane jest napięcie ładowania ze strony alternatora oraz sprawdzane jest zachowanie akumulatora w momencie uruchamiania silnika. Na podstawie otrzymanych wyników określany jest stan techniczny urządzenie i podejmowana jest decyzja o dalszym korzystaniu z niego, konieczności jego doładowania lub wymiany – mówi Adam Potępa.

Jak podkreśla, w przypadku tej ostatniej opcji również warto skorzystać z pomocy fachowców.

– Dawniej wymiana akumulatora była stosunkowo prostą czynnością, obecnie niestety jest to dość skomplikowany proces serwisowy. Polega nie tylko na demontażu starego i montażu nowego akumulatora, ale również na szeregu czynności diagnostycznych, które są niezbędne po jego wymianie. Dla przykładu w pojazdach wyposażonych w system zarządzania energią niezbędna jest adaptacja takiego akumulatora w pojeździe, do czego oczywiście potrzebne są odpowiednie narzędzia diagnostyczne. Dodatkowo w pozostałych pojazdach możemy spotkać się z koniecznością ustawienia czujnika kąta skrętu kierownicy, regulacji poziomu opuszczania szyb elektrycznych lub też regulacji pracy szyberdachu, dlatego warto rozważyć wizytę w serwisie w celu wymiany akumulatora – sugeruje specjalista ds. akumulatorów w Clarios Poland.

Warsztat zajmie się także utylizacją zużytego akumulatora, bo te urządzenia nie mogą trafiać na śmietnik.

- Advertisement -spot_img